Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyjazd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyjazd. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 marca 2011

Gruzja i Armenia_Rafał_wspomnienia z wakacji 2010

Nasza wyprawa do Gruzji i Armenii była spowodowana tym, że nie udało nam się zorganizować wyjazdu do Uzbekistanu.
Uznałem, że jeśli nie Azja Środkowa to może Kaukaz. Kierunek ten wydawał mi się ciekawy i słyszałem wiele pozytywnych relacji. Pojechaliśmy w 5 osób, dla jednej pary była to podróż poślubna. Było to ciekawe doświadczenie. Jeżeli chodzi o walory turystyczne, regiony te są przepiękne i pomimo niewielkiej powierzchni znajduje się tam wiele zabytków. Przyroda jest tam niesamowita. Wyprawa na trekkking mogłaby być kolejnym etapem podziwiania piękna Kaukazu.

Zaplanowaliśmy podróż komercyjną czyli zwiedzaliśmy najważniejsze zabytki i miejsca tego regionu. Zwiedziliśmy Erweań, Tbilisi, Mccheta. Gruzińską drogę wojenną: Kazbegi, Bordżomi, Batumi, Sihnahi. Może się wydawać, że Gruzja po wojnie to niebezpieczny kraj. Ja nie odniosłem takiego wrażenia. Ludzie tam, są bardzo otwarci na kontakty. Gruzini podkreślają relacje Polsko-Gruzińskie.

Piliśmy gruzińskie wina - bardzo dobre, wódkę z winogron, i jedliśmy regionalne potrawy tj. chaczapuri - placek z serem, chinkali - odpowiednik naszych pierogów z mięsem tylko, że w środku znajduje się jeszcze rosół.

Oprócz odwiedzających Gruzję Polaków przyjeżdża wielu Czechów i Żydów.
Polecam PS. Bilety lotnicze są bardzo tanie

poniedziałek, 10 maja 2010

wędkarze


To był niesamowity wyjazd. Piękna pogoda choć ryby kiepsko brały. Za to spędziliśmy czas na długich rozmowach. Niestety na drugi dzień miałem pracę i trzeba było się zbierać. Zanim rozłożyliśmy wędki, rozbiliśmy namiot i zainstalowaliśmy się na dobre - zdążyliśmy się zmęczyć. Nasza miejscówka (łowisko) okazało się niedostępne. Poziom wody w rzece jeszcze wysoki. Nie mając samochodu terenowego grzęźliśmy w błocie. Kilkaset metrów przed celem zmuszeni byliśmy zawrócić. Zasięgnąwszy języka u miejscowych, którzy pomykali na krosowych motocyklach dowiedzieliśmy się, że dalej to tylko, tak jak oni - albo traktorem. Zanim znaleźliśmy dogodne miejsce (Bogdan jak zwykle wybredny :-)) nie miałem już siły rozładowywać sprzętu z auta. Okazało się, że zdążyliśmy w samą porę - już zaczęło zmierzchać. Ponieważ ryby słabo brały, rozpoczęliśmy płomienne rozmowy o życiu, o tym co nas trapi, co jest ważne i cenne. Panowie dzielili się swoimi doświadczeniami z wychowywania swoich dzieci, pokonywania kryzysów małżeńskich ...
Oczywiście nie obyło sie bez ostrych starć, różnicy zdań i opinii, na wiele wiele tematów. Wreswzcie temat najistotniejszy - wiara. W tej kwestii myślę, że byliśmy zgodni :-) Znów doświadczyliśmy, że brakuje nam wiary.
Były to dla mnie po3bne chwile spędzone ze starszymi mężczyznami przy ognisku.
Następnego dnia około 8-mej wybrałem się na samotną wyprawę w drogę powrotną. Kierowca struł się mięsiwem - a może słaba wódka była i po prostu miał potwornego kaca? i nie mógł mnie podwieźć do najbliższego przystanku PKS. Racjonalnie mierząc, to nie miałem szans na dotarcie do Warszawy i zdążenie do pracy. Całą niemalże godzinę szedłem brzegiem rzeki przedzierając się przez chaszcze, krzaki i inne atrakcje. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że nie dojdę brzegiem do najbliższego mostu, który wydawał się bardzo blisko. Zawróciłem. Ominąłem moczary i przez szczere pola biegłem ( trochę na czuja, a trochę na nos he..he...). W końcu dotarłem do jakiejś przyjemnej wioski, ale nie potrafiłem zorientować się gdzie jestem. Wiedziałem tylko gdzie mam dojść i nic więcej. Miejscowi pokręcili głowami i powiedzieli, że tam, gdzie chcę się dostać to bardzo daleko. Jak nie złapie kogoś, kto mnie podrzuci to będę szedł pół dnia! Kilka kilometrów jeszcze przebiegłem i zatrzymałem się, bo było na co popatrzeć. Krajobraz jak z bajki. Łąki, kwiaty, wielkie drzewa dające przyjemny chłód, gdyż słońce paliło. W końcu doszedłem do jakiejś drogi asfaltowej. Samochody jechały, owszem ale w przeciwnym kierunku. W pewnym momencie jadący z naprzeciwka samochód dostawczy zatrzymał się. Kierowca otwiera okno i pyta się którędy do... Nawet nie pamiętam nazwy, ale prędko uciąłem i wyjaśniłem, że sam nie wiem gdzie jestem. Facet wyciąga mapę i głowi się. Krąży po tej okolicy już dosyć długo i nie wie gdzie jest. Nieźle pomyślałem. Trzeba będzie dzwonić do pracy, że nie zdążę na czas. Postanowiłem jednak zwrócić się do Najwyższego w prostych słowach - jak chcesz to na pewno zdążę. Tylko mi pomóż, bo sam nie dam rady. Za 10 minut omal nie przejechał mnie kolejny samochód dostawczy. Tym razem z luzacko nastawionym do życia typem. Wsiadaj brachu - ryknął. Nie zastanawiając się wsiadłem i wyjaśniłem, że śpieszę się do pracy. Nie pamiętam czy kierowca pocisnął pedał gazu do dechy, ale w niecałą godzinę, ba ... może nawet 40 minut byłem na miejscu. To znaczy na przystanku PKS w małej miejscowości. W między czasie zdążyłem dowiedzieć się, że uprzejmy kierowca jakiś czas temu kupił działeczkę nad rzeką, ale nie znalazł jeszcze czasu, żeby powędkować. A kupił ją z myślą właśnie o tym. Ciekawe jak się ludziom różnie wiedzie. Najważniejsze, że Najwyższy zadziałał i na prawdę zdążyłem. Zdążyłem jeszcze w przydrożnym sklepie kupić jogurt i drożdżówkę.
Tak to był dobry wyjazd - choć wracałem tylko z kilkoma rybami -:)

sobota, 13 lutego 2010

Zimowe bieganie - Józef

Pierwszy raz miałem na nogach narty biegowe. Gdybym wcześniej przygotował się do tej spontanicznej imprezy - to pewnie nie narzekałbym teraz na bóle w okolicach ścięgna Achillesa (miałem niedopasowane buciki i niewielki luz w pięcie doprowadził do dużego bąbla, który pękł pozostawiając niewielką ranę - goi się do tej pory).
Mimo tych uciążliwości, sama jazda świetnie mi wychodziła i chociaż nie było nikogo wśród nas, kto wcześniej uprawiał tą dyscyplinę sportową, to uważam, że było nieźle.

Najważniejsze, że była świetna zabawa no i że mogłem ten czas spędzić z moją kochaną żoną, która bardzo tęskni jak wyjeżdżam na męskie wyprawy :-)
Momentami czułem się jakbym przemierzał jakąś tundrę - a to tylko zaśnieżone pola i lasy Kabat :-)
Pod koniec naszych ślizgów - łapałem już nawet tzw. krok łyżwowy :-)

czwartek, 11 lutego 2010

Męska wyprawa w Tatry - czyli "głupim" trzeba być

Jacek
Mój kolega z byłego miejsca pracy, nazwijmy go tu pan S. miał takie powiedzenie - Baby głupie są i już. Mnie daleko do męskiego szowinizmu, koledze pewnie też, ale mógłbym się pokusić o pewnego rodzaju modyfikację tego hasła i zaproponować następujące motto życiowe, po naszym z Jankiem wyjeździe- Głupim trzeba być i już.

Tak sobie bowiem uświadomiłem któregoś dnia, że aby wejść w pewne sytuacje to trzeba być po prostu "głupim", znaczy nie zdawać sobie sprawy ze wszystkich konsekwencji naszego działania. Bo jak już człowiek zacznie wyciągać te wszystkie ale, to... paraliż gotowy.
Tak samo było z wyjazdem w góry. Gdybym tak przed wyjazdem usiadł i pomyślał, spróbował sobie wyobrazić jak to będzie, kiedy po kilku godzinach łażenia, bez kondycji (bo od dwu miesięcy) nic nie trenowałem, będę wchodził pod górę, przez jakieś 45 minut, non stop. I gdybym wyobraził sobie ten wysiłek który będzie towarzyszył każdemu krokowi, to łapanie oddechu i świadomość, że jeszcze nie wiadomo jak długo do cholernego końca tej góry, to - zostałbym w Warszawie:) A zatem - Głupim trzeba być i już.

Ponoć ludzie dzielą się na tych co: myślą a później działają i tych co najpierw działają, a później myślą. Jeszcze rok temu zaliczyłbym się do jeszcze innej kategorii. A dokładnie do kategorii ludzi, którzy myślą, później jeszcze myślą i jeszcze myślą, a w końcu tłumaczą sobie, że to działanie to i tak by było bez sensu. Na szczęście Szef czuwa nade mną i uczy mnie nawet wtedy, kiedy nie mam na to najmniejszej ochoty. Dzięki temu ostatnio zacząłem być w końcu trochę "głupi". I Bogu dzięki, bo tylko dzięki temu wreszcie zamiast myśleć tylko, zacząłem też działać. I co więcej, mieć z tego wielką radochę.
Bo gdybym tak np. kiedy w czerwcu ubiegłego roku rozmawialiśmy z Józefem, że fajnie byłoby coś zrobić z facetami i dla facetów, którzy są wokół nas, zaczął przewidywać ile to rzeczy trzeba zrobić aby zorganizować taki np. wyjazd, albo zrobić bloga, o czym nie miałem zielonego pojęcia - to pewnie dałbym sobie spokój i machnął ręką. A tak, po prostu zaczęliśmy działać i kiedy teraz patrzę wstecz, to jestem pod wrażeniem ile udało nam się razem zrobić, w ilu miejscach byłem, ile super ludzi poznałem. A zatem - Głupim trzeba być i już.

Wracając zaś do wyjazdu z Jankiem. Jak zwykle było rewelacyjnie. Przyjaźnimy się z Jankiem juz od wielu lat i lubię spędzać z nim czas. Dzięki niemu też polubiłem znów góry, do których przez lata miałem dużą awersję. Polubiłem to zmęczenie które towarzyszy wysiłkowi wdrapywania się pod górę. Przypomniałem sobie, że przez lata brakowało mi tego fizycznego wysiłku, który znajduję też w górach. Nie ma nic lepszego jak wrócić zmachanym, usiąść w dobrej knajpce, zjeść dobry obiad i odpoczywać - po wysiłku. Myślę, że my mężczyźni, po prostu potrzebujemy tego, aby czasem pot lał się nam za przeproszeniem z tyłka. W Warszawie nieczęsto jest ku temu okazja. Czasem trafi się jakiś remont, czasem wysiłek przy uprawianiu sportu, ale w terenie jest jeszcze coś extra - piękne widoki. I to co lubię - poczucie, że ten facet obok, tak jak ja też walczy ze swoim zmęczeniem, ze swoją słabością.

A poza tym mieliśmy codzienne, wspólne laudesy. To dzięki Jankowi zacząłem modlić się codziennie laudesami - za co w tym miejscu - wielkie dziękuję.

Męska wyprawa w góry, czyli koniec pewnego poczatku - Tatry 6-11.02.2010

Janek
"Koniec pewnego początku". Tak nazwałem nasz wyjazd z Jackiem który zbiegł się min. z ostatnim dniem pracy Jacka w biurze.
Z jednej strony to koniec pewnego etapu wspólnej, 6 letniej pracy, z drugiej początek kontynuacji przyjaźni poza rzeczywistością biurową.

Wracając do wyjazdu, to moim celem było ambitne chodzenie po górach z myślą o bieganiu w sezonie 2010. W tym roku nastawiam się jedynie na 5km i 10km, dlatego zależało mi raczej na dynamicznym chodzeniu, przy którym mógłbym poprawić wytrzymałość i wzmocnić nogi. I ogólnie ten cel zrealizowałem.

Wypraw było kilka: od tych krótszych uwarunkowanych sobotnim przyjazdem, czy niedzielną mszą świętą, aż po kilkugodzinne wypady, w których mieliśmy prawdziwe emocje.

Poruszaliśmy się wokół doliny Kościeliskiej.
dzień 1 Dolina Kościeliska-Droga nad Reglami-Dolina Chochołowska-Biały Potok
dzień 2 Kiry-Droga nad Reglami-Dolina Strążyska-Dolina Kościeliska
dzień 3 Dolina Kościeliska-schronisko pod Ornakiem-Przełęcz Iwaniacka-Dolina Chochołowska-Droga nad Reglami-Dolina Lejowa
dzień 4 Droga pod Reglami-Dolina Białego-Kalatówki-schronisko na Hali Kondrackiej-Kalatówki-Droga nad Reglami-Dolina Kościeliska
Z racji tego, że Jacek czuł się chory to tego dnia wycieczkę przyszło mi zrobić samemu. Niesamowita sprawa. Spaliłem o 7okCal więcej niż w trakcie Maratonu Warszawskiego. Podczas te wędrówki w bardzo szybkim tempie wyszło mi spalonych 4850kCal. Tempo niesamowite
Miałem tylko dwa postoje. Czas Łączny wraz z przerwami na herbatkę to 7h25 Po tej wyprawie wróciłem totalnie zmęczony, ale przede wszystkim zadowolony
dzień 5 busem do Kuźnic-niebieskim szlakiem przez Boczań na Halę Gąsienicową a potem wjazd kanapą na Kasprowy

Tego dnia kiedy byłem sam w górach, na samym końcu, zaledwie kilkaset metrów od domu zaliczyłem klasycznego orła, waląc centralnie tyłkiem o asfalt. Na szczęście chwile wcześniej spotkałem się z Jackiem wracającym ze schroniska pod Ornakiem, który pomógł mi wstać. Do dziś boli mnie kość ogonowa, ale na szczęście już nie tak jak zaraz po upadku.
Zdałem sobie sprawę, że gdybym przewrócił się tak na szlaku, to mogłoby być bardzo ciężko. Pomimo naszego chodzenia po w sumie głównych szlakach, nie widzieliśmy bowiem zbyt wielu turystów. Teraz zupełnie inaczej patrzę na moje zimowe chodzenie po górach w pojedynkę.

Czas Honoru
Po powrocie na nasza kwaterę czas umilał nam Czas Honoru. Niesamowicie się w ten serial wciągnąłem. Pasjonowały mnie szczególnie losy Janka i jego Lenki, a wiele irytacji wzbudzała Wandzia. Oblicza wojny i działań cichociemnych spowodowały, że chętnie sięgnę po książki wspominające tamtych ludzi i ich dokonania.

Tyle ode mnie. Ogólnie czas niezapomniany, dobrze spędzony w super towarzystwie, tylko ta kość ogonowa mogłaby przestać boleć.

środa, 3 lutego 2010

Zimofa draka - Maciej

Jako jeden z ostatnich dodaję komentarz z zimowej wyprawy do Góral, nie ukrywając z powodu ciekawości co napisali inni uczestnicy tego wypadu.
Chciałem zobaczyć jakie odczucia mieli faceci z Warszawy i porównać je ze swoimi. Przyznam, że wiele się nie różniły. Bardzo spodobała mi się inicjatywa wspólnych męskich wypadów, dzięki czemu można poznać lepiej samego siebie. W przypadku wyjazdu do Góral, miałem szansę nawiązać nowe znajomości i miło spędzić czas. Te dwa dni były dla mnie odskocznią od codzienności, mimo iż byłem niedaleko od domu.
Z tej wyprawy zapamiętam na pewno ( i tu będę mało oryginalny) kulig x2, mokry tyłek i sztywne od mrozu spodnie oraz wspólne posiłki podczas których toczyły się rozmowy na różne tematy i tu szacun dla mistrza ciętej riposty Stanisława, z którym można było porozmawiać o wszystkim.

Dziękuję chłopaki za zaproszenie i życzę jak najwięcej tak udanych wypadów

Zimofa draka - Stanisław

Królestwo niebieskie na Warmii

Poproszony zostałem o relację z wypadu do Góral koło Jabłonowa Pomorskiego, na który zaproszono mnie niespodziewanie dwa dni przed wyjazdem, pod koniec stycznia 2010.
Po nazwie bloga z informacjami konkretnymi, co do całej akcji obawiałem się że trafie do grona rekolekcyjnego.
Na szczęście moje wspomnienia z tych dwóch dni kręcą się głównie wokół leżenia na dętce ciągniętej traktorem po śniegu przez las. Wokół rozmów na temat pornosów z chłopakami z Jabłonowa. Wokół paru godzin spędzonych na sali gimnastycznej z piłką. Wokół śmiechów, chichów poważnym filmie "Królestwo niebieskie" wyświetlonym na ścianie przez Jacka.
Wokół ubrania przemoczonego po wyprawie ku zaspom, ambonie, ognisku i w końcu zupie z 15litrowego termosa zagryzanej kiełbaskami. Nawet wokół samego rozpalania ognia z mokrego chrustu. Z końcowego stania nocą na mrozie i opowiadania dowcipu o zadżumionym - ludziom czekającym na przyjazd policji w miejscu wypadku, do którego przyczynił się nasz kolega kierowca ( którego nazwisko podaję jedynie do wglądu redakcji bloga).

Mimo, że zniszczyłem wiatraczek w samochodzie koledze kierowcy ( którego nazwisko.. itd. jak wyżej), byłem zbyt wścibski wobec cioci Józefa, męczyłem Arka swoim wymądrzaniem, beknąłem przy jedzeniu i co tam jeszcze złego zrobiłem. Mimo tego wszystkiego pojechałbym na następny wyjazd organizowany przez Józefa - strzelającego najwięcej goli, Jacka - robiącego najlepsze jajecznice i wszystkie inne zwierzaki współorganizujące.

Petroff Stanisław ( tak, ten sam)

Zimofa draka - Jacek

Po powrocie z tej wyprawy po raz pierwszy miałem problem, żeby powiedzieć czy byłem zadowolony czy nie. Kurczę po raz pierwszy brakowało mi słów. Dopiero kiedy Józef podesłał mi film zmontowany ze zdjęć z naszej wyprawy znalazłem odpowiednie słowo określające ten wyjazd - DRAKA.

Draka - potocznie rozróba, chryja, awantura, szarpanina, bitka Dokładnie takie mam wspomnienia z tego wyjazdu. Draka kojarzy mi się przede wszystkim z facetami i dokładnie taki był ten wyjazd - nie tylko z założenia, był męski i mocny od początku do końca.

A zaczęło się dla mnie klasycznie, czyli awarią samochodu. Kilkanaście dni przed wyjazdem padło wspomaganie kierownicy. Oddałem samochód do mechanika, który dość szybko sobie z tym poradził. Jako, że zajmowałem się zakupami i tym podobnymi rzeczami samochód był mi potrzebny. Szczególnie, że musiałem znaleźć gdzieś dętki na których mieliśmy robić kulig. Zacząłem obdzwaniać i objeżdżać rożne zakłady wulkanizacyjne. O dziwo, kiedy rozmawiałem z facetami i tłumaczyłem im po co mi te dętki, nie patrzyli na mnie jak na wariata, ale pomagali jak mogli. W końcu dotarłem do faceta, który obiecał mi załatwić super grube ruskie dętki, które odbierałem na jakimś osiedlu w środku nocy - jednym słowem DRAKA.

Jechaliśmy do Jabłonowa na dwa samochody. Plan był taki, jednym samochodem jadę ja, drugim Janek. Ja, Józef i Arek mieliśmy wyjechać o 18. Zapakowałem się z Arkiem i kiedy czekaliśmy już tylko na Józefa okazało się, że wspomaganie kierownicy diabli wzięli. Myślałem, że coś mnie trafi, miałem ochotę zadzwonić do swojego mechanika i zrobić awanturę, tyle, że nie miałem do niego komórki. W końcu po przyjściu Józefa zdecydowaliśmy się pojechać do Arka i pojechać jego samochodem.

Druga ekipa z Jankiem, Łukaszem, Stanisławem miała wyjechać o 20. Ale, najpierw chłopaki nie mogli się zebrać, a później mieli jakąś awarię więc wyjechali kilka godzin później - jednym słowem DRAKA. I tak już było do końca wyjazdu.

Po dotarciu z dużym opóźnieniem, przez zasypane drogi okazało się, że część planów wzięła w łeb - jednym słowem DRAKA. Rano też było ciężko ogarnąć całą ekipę, gdyż ciągle czegoś brakowało, ciągle po coś wracaliśmy - jak dla mnie DRAKA.

I ledwo przeszliśmy kilkaset metrów zaczęło się: rzucaniem gałami, skakanie w zaspy inicjowane przez animatorów wszelkich wyjazdowych szaleństw, czyli Janka i Łukasza - jednym słowem niezła CHRYJA. Do tego panowie zamiast pomóc Stanisławowi wydostać piłkę, która niechcący wykopałem na podwórko jakiegoś gospodarza, wrzucili Stanisława twarzą centralnie w zaspę, kiedy zawieszony na siatce próbował ją wyciągnąć. Jednym słowem niezła DRAKA.

Chwilę później toczyła się już regularna wojna na śnieżki, między ekipą która wdrapała się na myśliwska ambonę, a resztą dla której nie znalazło się miejsce. I tak już cały czas, po przejściu kilkuset metrów okazywało się, że Janek, Lukasz i czasem Arek toczą regularną bitwę w jakiejś zaspie śniegu. Ile tych bitew się rozegrało ciężko powiedzieć, ale było ich dużo, sam znalazłem się kilka razy w śniegu z Jankiem lub Łukaszem na klacie, którzy koniecznie chcieli mnie utopić w jakiejś zaspie:)

Pierwszy kulig, bo były w końcu dwa, to też było mocne wydarzenie. Jechaliśmy podczepieni do dużych sań, które były znów podczepione do ciągnika. Nie pamiętam ile sanek było podpiętych, ale sporo, a facet w ciągniku zachrzaniał ostro. Zaliczyłem jako chyba jeden z pierwszych jazdę na dętce podpiętej na samym końcu - i było ostro. Śnieg wchodził od spodu, sypał w oczy - ostra jazda- nic nie było widać. Zresztą po tym jak przesiadłem się na sanki nie było dużo lepiej, starałem się trzymać sanek i nie zlecieć z nich, a przy tej prędkości to nie był wielki problem. Zresztą kilka wywrotek było. Przez chwilę nawet zamarłem jak jadącemu na sankach przede mną Łukaszowi wciągnęło nogę pod płozę - zanim ciągnik zatrzymał się trochę to trwało i przez ten czas widziałem już oczyma wyobraźni, połamane kości. W życiu nie byłem na takim kuligu. Zresztą po wszystkim wydaje mi się, że niewiele brakowało aby ten kulig skończył się dla kogoś jakimś złamaniem, zresztą ranny był - Arek, który dostał centralnie w oko gałą od jakiegoś kolesia który jechał w dużych saniach. Niezła DRAKA.

Dużo jeszcze było ostrych sytuacji w trakcie tego wyjazdu i długo by o tym pisać, wspomnę więc już tylko o jednej historii. Drugiego dnia był plan abyśmy na dętkach które mieliśmy, pozjeżdżać z górki która miała być w okolicy. Niestety okazało się, że nie dało rady. Śnieg był za mało ubity, część ekipy wróciła więc po samochód Janka, którym postanowiliśmy zrobić drugi kulig. Zostałem Ja, Józef, Łukasz, Arek i Stanisław. Nie pamiętam już kto wpadł na pomysł, aby związać wszystkie dętki, wsadzić kogoś do środka i spuścić z góry. Zresztą nieważne, pomysł był totalnie od czapy, ale oczywiście zrobiliśmy to. A odważnym, który zdecydował się na ten totalnie odjechany eksperyment był Łukasz. Pierwsza próba zapowiadała już ostra jazdę, a było to zaledwie kilka metrów. Za drugim razem Łukasz stoczył się do końca. Nie będę ukrywał wyglądało to na czysty obłęd i nie wiem jak chłopaki, ale ja do końca nie wiedziałem czy nie skończy się to jakąś totalną chryją. Na szczęście nasz pilot oblatywacz wyszedł z tego bez uszczerbku na zdrowiu.

Po prostu draka goniła drakę i tak przez cały wyjazd.

Ach i taka ciekawostka. Przed wyjazdem mieliśmy w głowie z Józefem trochę planów pod kątem tego wyjazdu, ja nawet miałem nie tylko plany, ale koperty z przygotowanymi zadaniami, zabawami itp. Ale na tydzień wcześniej przemodliliśmy cały wyjazd i na koniec otworzyliśmy losowo pismo, żeby zobaczyć co Bóg chce nam powiedzieć odnośnie tego wyjazdu. I wiecie co to był fragment o ile dobrze pamiętam z Ezechiela, mniej więcej w tym tonie. Wy sobie planujcie, a ja i tak zrobię swoje! I tak dokładnie było, mieliśmy mnóstwo planów, a wszystko szlo, ale czesto obok tych naszych zamierzeń. W sumie ze stałych elementów naszego planu, udało nam się dokładnie to co zapisaliśmy zaraz po przyjeździe na tablicy. Czyli laudesy i śniadanie. Reszta była po prostu DRAKĄ.

No i na zupełny koniec:
Dzięki wielkie Zwierzak i reszta ekipy z Jabłonowa za zaangażowanie i pomoc. Stanisław, czasem już nie miałem sił słuchać twoich sporów, ale mimo to dzięki za ferment i za dobrą rozmowę w drodze powrotnej. Arek super było pogadać. Józef dzięki za pociągnięcie wyjazdu. Łukasz, Janek - jak kiedyś na świecie będzie prawdziwy kryzys energii to będziecie na to lekarstwem, dawno nie spotkałem facetów z takimi zapasami energii. Ach i jeszcze Janek dzięki za stalowe nerwy, gdyby nie ty to nasz powrót mógłby skończyć się totalną draką. Paweł, Maciek - dzięki za wspólną grę, mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja lepiej się poznać.

Zimofa draka - Józef

Jazda na dętkach

Zaczynając od tego, że skład ekipy wyprawowej, do ostatniego dnia przed wyjazdem - był niewiadomy?; trudności, które spowodowały, że Ci, co bardzo chcieli - być nie mogli! ( nie dało rady wziąć tych trudności na klatę, ani ich przeskoczyć - po prostu Grawitacja :-)
biorąc pod uwagę to, że większość naszych skrupulatnie przygotowywanych planów wyprawy, krótko mówiąc - wzięła w łeb!; również to, iż okazało się na miejscu - mimo trudności (daruję sobie konkrety) - że było lepiej niż planowaliśmy - wg mnie:-);

To utwierdza mnie w przekonaniu, że Bóg wie lepiej czego potrzebujemy :-)

a jazda na dętkach - REWELACJA! :-)

sobota, 10 października 2009

Bugo-Narew


Józef

Piątek 25-go września wyruszyliśmy przed 6-tą nad rzekę. Cel wiadomy -wędkowanie!Wszystko akurat tak się zgrało, że Bogdan, Tadeusz i ja mieliśmy wolny piątek. Czemuż więc nie rozpocząć go wcześnie rano. A taka pora jest odpowiednia na jednodniowy wypad za miasto aby powędkować. Urokliwe miejsce. Czysta rzeka. Gęsta mgła i przebijające się przez nią poranne promienie słońca. Dziś Bóg dał nam dzień połowu. Nie było wiele chwil na pogawędki inne niż - uważaj bierze, daj podbierak, trzymaj, ciągnij, niezła sztuka, o k... zerwała się. Popatrzcie na foty a zobaczycie - ryb dużo. Wymiarowo - akurat na patelnie:-)
Lubię takie nieoczekiwane zrywy. Sprawiają, że choć na chwilę mogę odetchnąć innym powietrzem niż te, które tłoczy się ciężko miedzy stalowo-betonowo-szklanymi konstrukcjami, przemieszanymi z fotochemicznym smogiem - stolicy.....

Pieniny_męska wyprawa_pażdziernik 2009

Jacek
Wyprawa w Pieniny udała się, choć tak jak spodziewałem się nie obyło się bez trudności.

Trudności:
Kilka dni przed wyjazdem zadzwonił do mnie Artur. Do firmy w której pracuje miała przyjechać "góra" z centrali, więc jego wyjazd stanął pod znakiem zapytania. Przyznam, że jego telefon wcale mnie nie zdziwił. Nie, żeby Artur zmieniał zdanie jak zwykle, absolutnie. Po prostu spodziewałem się, że będą dziać się podobne rzeczy. Ostatnie doświadczenia z moimi wyjazdami nauczyły mnie jednego, że zawsze coś dzieje się, szczególnie kiedy ma wydarzyć się coś dobrego. Po skończonej rozmowie napisałem więc do Artura sms-a z historią wszystkich trudności które zwykle pojawiały się kiedy planowałem gdzieś pojechać. Chwilę po tym jak skończyłem rozmawiać z Arturem zadzwonił Łukasz, że nie wyrobi się w piątek, że ma mnóstwo roboty i w ogóle. Więc po raz kolejny zacząłem opowiadać o trudnościach. Łukasz obiecał, że będzie na czas:)
Później już nie było tak łatwo, z Jankiem spieraliśmy się do samego końca. Był nawet taki moment, kiedy w piątek rano powiedzieliśmy sobie, że nie jedziemy razem. Spodziewałem się, że będą kłopoty, ale nie, że aż takie. Było ostro. Normalnie zaciąłbym się i faktycznie pojechalibyśmy na ten wyjazd w mniejszym gronie. Postanowiłem jednak zanim powiem o jedno słowo za dużo, zatrzymać się i pomodlić. Wysłałem Jankowi sms-a opisując po raz trzeci wszystkie trudności które pojawiły się przy okazji naszego wyjazdu. Janek zadzwonił, dogadaliśmy się w końcu. Dla mnie było to o tyle trudne, że są chwile kiedy mam ochotę trzymać się swych emocji.

Ruszyliśmy punktualnie w piątek o 17'30. W miarę sprawnie udało nam się przebić przez korki, niestety tuż przed Radomiem utknęliśmy. Prawdopodobnie był jakiś wypadek. Pózniej jeszcze musieliśmy odbić z trasy aby odwieżć do domu kolegę Janka. Do Krakowa skad mieliśmy zabrać Janka dotarliśmy więc dopiero około 23. Mieliśmy być na miejscu około 24, ale szybko okazało się, że nie ma na to szans. Dotarliśmy na miejsce około 2. Gospodynie nie była zbyt szczęśliwa, ale na szczęście nie zamknęła nam drzwi przed nosem.
Postanowiliśmy trochę odespać, więc pobudka była w okolicach 8 rano. Dzień zaczęliśmy od wspólnych laudesów, a później pojechaliśmy na śniadania do baru Grajcarek. Około 11 ruszyliśmy na szlak. Pogoda nam dopisywała. Przyznam, że byłem zaskoczony tym, że tak dobrze mi się wspinało. Pamiętałem jeszcze wyprawę z Darkiem miesiąc wcześniej, wtedy było ciężko. Staraliśmy się iść razem, choć wychodziło to różnie. Zaczęliśmy od wspinaczki na Sokolicę, a później przez Czertezik ruszyliśmy na Trzy Korony. Trochę nam zeszło się, więc nie było już szansy na ostatni prom przez Dunajec. Zdecydowaliśmy się więc zejść do Sromowców.
Dotarliśmy póżno, nie było już czym wrócić, na szczęscie Rafał znalazł jakiegoś chłopaka który zgodził się zawieść część z nas do Szczawnicy, ale dopiero jak skończy się mecz siatkarek, które tego dnia graly o awans do finału ME. Czekając na koniec meczu udało nam się zrobić zakupy pod kątem grila i śniadania, oraz zjeść coś w knajpce wypełnionej kibicami.
Razem z Arturem pojechaliśmy w końcu z tym chłopakiem po samochód. Droga w tą i z powrotem zajęła nam trochę, więc na kwaterze znów byliśmy dość późno. Na szczęście zostało jeszcze trochę sił na zrobienie grilla, którym sprawnie zarządzał Janek. Dzień wcześniej Artur zapoznał dziewczyny, które mieszkały nad nami, zaprosiliśmy je więc na wspólnego grilla. Wieczorem było zimno, więc po pewnym czasie przenieśliśmy się z powrotem do domu. A że rozmowa z dziewczynami układała się w miarę dobrze kontynuowaliśmy ją dalej. Skończyło się to wszystko "małą ewangelizacją":)
W niedzielę wstaliśmy około 7. O 8 rano mieliśmy bowiem odebrać rowery, którymi mieliśmy dojechać do Sromowców na spływ. Poranek był chłodny, ale słońce powoli przebijało się i kiedy dojechaliśmy na miejsce było już ciepło. Trasa wzdłuż Dunajca, którą jechaliśmy to chyba jedna z piękniejszych tras po Pieninach, więc nie wiem jak chłopaki, ale ja byłem zachwycony. Gdybym mógł już dziś urwałbym się z biura, aby znów znaleźć się o poranku, na rowerze, w tym miejscu. W Sromowcach czekał już na nas Piotr nasz przewodnik, który po nauczeniu nas podstawowych komend i zrobieniu nam krótkiej rozgrzewki usadził nas w pontonie. Ruszyliśmy. Woda nie była zbyt wysoka, ale ponoć taki spływ jest o wiele ciekawszy wiosną, zaraz po roztopach. My płynęliśmy jakieś 2 godziny, ale rekord Piotra to 15 min, taki spływ to byłoby to, ale mam nadzieję, że uda nam się przyjechać na wiosnę i spłynąć w bardziej extremalnych warunkach:)
Tym razem była to tylko rozgrzewka, ale i tak wrażenia i widoki - rewelacja. Poza tym dobrze jest zrobić coś razem, a na pontonie, byliśmy zależni od siebie. Na koniec zaliczylismy jeszcze kąpiel w Dunajcu, w ciuchach. Woda była zimna, ale pokusa skoczenia jeszcze większa. Najtwardszy z nas okazał się Łukasz, któy lądował w wodzie trzy razy. A że pogoda była piękna, słońce swieciło, więc mokre ubrania jakoś specjalnie nie przeszkadzały. I z tego co wiem, nikt się nie pochorował:)
Nasz pobyt w Pieninach zakończyliśmy przepysznym obiadem po którym ruszyliśmy do domu. Ja zasnąłem od razu, obudziłem się dopiero w Krakowie. A kiedy wstałem okazało się, że w samochodzie panuje dość napięta atmosfera. Dopiero spóźnione laudesy pomogły rozładować atmosferę. Myślę sobie, że gdyby nie to, że mogliśmy modlić się, nie wiem czym skończyłby się ten wyjazd.
Na koniec jeszcze po długich poszukiwaniach wylądowaliśmy na mszy w Kielcach. Od początku nie był to newralgiczny moment naszego wyjazdu. Wszyscy chcieliśmy być na mszy, ale było ciężko z czasem. Na szczęście Bóg zatroszczył się i o to:)

Dostaliśmy super wyjazd, w super ekipie i rewelacyjną pogodę. Przyznam, że odkąd wróciłem ciągle myślę, aby gdzieś jeszcze pojechać. Coraz częściej bowiem mam poczucie, że mężczyzna to nie jest jednak zwierzę biurowe. Ale kto wie, może już niedługo...

poniedziałek, 28 września 2009

Wojownicy na rowerach

Józef
Czwartkowym popołudniem, 10 września wyruszyliśmy z Waldemarem do Ząbek po Bogdana. W Apostolicum zamocowaliśmy nasze rowery na bagażnik samochodu i po krótkiej rozmowie (wszyscy znamy się z pielgrzymki na Jasną Górę z grupą KARAN), wspólnie wyruszyliśmy na rajd rowerowy. Trasa przebiega następująco: Bogucic/k. Radomia - Kielce - Święty Krzyż - Kielce - Bogucic - około 34o km. Czas: piątek rano - niedziela wieczór. Uczestnicy: grupa pacjentów KARANU. Organizator; Waldemar, zapalony rowerzysta.
Dojeżdżamy do Bogucina. Na miejscu sprawdzamy stan techniczny rowerów i przeprowadzamy drobne naprawy, a w zasadzie ja asystuję, a Waldemar z Bogdanem ciężko pracują. Panowie mają doświadczenie i potrafią odpowiednio ustawić asortyment w rowerze. Wraz z Bogdanem mocowaliśmy się chyba z godzinę z mocowaniem sakwy do kierownicy jednego z rowerów! Kładziemy się spać po północy. Jestem bardzo zmęczony (kolejny wyjazd rozpoczynam po nocnym dyżurze w Ośrodku) Waldemar niestrudzony został w warsztacie aby wymieniać klocki hamulcowe, w rowerze którym miałem jechać.
Pobudka 6'00. Pacjenci Ośrodka wykonują poranna rozgrzewkę, przewidzianą w rytmie dnia. Część z nich zajmuje się końmi i małym gospodarstwem. Krótkie śniadanie wraz z pacjentami. Waldemar z Bogdanem kończą przygotowywać ostatnie rowery, ja dopompowuję powietrze, w co najmniej 30 rowerach - łatwo nie jest. Robi się wesoło. Przyjechali pacjenci z Radomia. Wszystko się przeciąga. Mamy już 3 godziny opóźnienia. Wreszcie po 10 wyruszamy, w składzie 16 osób, grupę prowadzi Bogdan - który ma szczegółowe mapy trasy, przypięte do sakwy rowerowej. Ja spinam grupę jadąc na końcu, w niewygodnej koszulce odblaskowej. Waldemar z podpiętą do roweru jednokołową przyczepką - jadąc obok, ogrania całość grupy, śmigając jak wicher. Raz jest na przedzie, to znów w środku, na tyłach. Dba aby grupa nie rozciągała się niepotrzebnie. Jedzie również z nami jedna kobieta - terapeutka Ania, którą przyjechała z pięcioma pacjentami z Ośrodka w Elblągu. Ania objechała rowerem, w przeciągu kilku lat kilka, tysięcy kilometrów, na różnych kontynentach. Była w peruwiańskich Andach, nad Jeziorem Wiktorii w Afryce, zaliczyła norweskie fiordy, piękne tereny w Kanadzie, Australii i już nie pamiętam gdzie jeszcze była rowerem. Niezła historia!!!
Wracając do naszej wyprawy - dziennie przemierzamy średnio ponad 100km, noclegi mamy zapewnione - śpimy na Karczówce w Kielcach goszczeni przez Pallotynów. Na trasie dojechał do nas Jarek, który wiezie nasze bagaże oraz prowiant. Częstuje nas wodą, która schodzi litrami. Na pace ma również załadowany swój rower, aby wjechać z nami na Święty Krzyż. Na jednym z postojów, w ciekawej miejscowości zwiedzamy z zewnątrz niestety, gotycki kościół z początków XVw. Niektóre elementy wykonane zostały z piaskowca, natomiast w środku można było dostrzec niewyraźnie, poprzez kraty - sklepienie gwiaździste. Bogdan z wykształcenia grafik - twierdzi, że to fenomen architektury na tych ziemiach i w tak pospolitym miejscu.
Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów było mi ciężko. Nie jestem przyzwyczajony do kilku niuansów: jazdy w dużej grupie, spodenek z tzw. pieluchą i kasku, który później okazał się bardzo istotny. Wydolność pacjentów jest zróżnicowana, więc po jakimś czasie niektórzy tracą siły. Jeden z chłopaków wymiękł całkowicie - nogi mu siadły i miał skurcze mięśni. Jednak, według nas to raczej problem psychiki i niechęć do przełamywania trudności, wynikający z choroby uzależnienia. Dlatego, żeby nie psuć nastawienia pozostałych uczestników, trzeba chłopaka odwieźć do Bogucina. Rano dojeżdża do nas Leszek, swoim Land Roverem. Zrezygnował z polowania, aby móc z nami wjechać rowerem na Święty Krzyż. Leszek zaintrygował mnie swoimi zainteresowaniami myśliwskimi. Obiecał też, że zabierze mnie na jakieś polowanie. Kiedy to nastąpi? Zobaczymy.
Wracając do rajdu, był owocny zarówno w przeżycia krajoznawcze jak i ciekawe dla mnie rozmowy z mężczyznami. Przejeżdżając przez rozliczne wioski zastanowił mnie fakt - tymi, którzy byli poruszeni i zaciekawieni naszą obecnością były w większości starsze kobiety.,babcie w finezyjnych chustach na głowie. Jedna z nich wychodząc nam naprzeciw wprost powiedziała, aż musiałam wyjść na szosę, żeby zobaczyć co to za zbiegowisko na zakręcie (w tym czasie my zatrzymaliśmy się rozważając dalszą trasę). Babcia zaczęła tłumaczyć Jarkowi gdzie jesteśmy, jak dalej jechać, gdzie skręcić itd. Przypatrując się z boku całemu wydarzeniu, rzuciłem do Bogdana - i oto można zobaczyć kto rządzi w rodzinie! Rozmowa potoczyła się w ten sposób, że trochę śmiechem, trochę na poważnie, a nawet o zgrozo stwierdziliśmy, że jak babcia nosi jako jedyna "spodnie w domu" i w dodatku w rodzinie, to potem widzimy takich nieobecnych mężczyzn. Tematy dotykające męskości pojawiały się samorzutnie. Jadąc dalej zastanawiałem się głośno, gdzie Ci mężczyźni się podziali. Znów widzimy tylko kobiety, ciężko pracujące. Odpowiedź przyszła sama. Chłopi młodzi i starzy chowali się za jakimiś budkami, kioskami żłopiąc tanie piwo - które mnie akurat nie przypada do gustu. Wolę jakieś lokalne, albo przynajmniej ciemne, pszeniczne, najlepiej klasztorne - niestety do dyspozycji są tylko importowane. Wracając do widoku chłopów żłopiących piwo - spojrzenia mieli mętne i znużone - pytanie od czego? Na pewno nie tylko od piwa. Bogdan rzucił do mnie - oto co nuda robi z człowieka! Jak nuda - byłem zdziwiony? Tyle roboty w polu, jeszcze nie wszystko zrobione po żniwach, jeziora, piękne lasy, łąki i na dodatek jest czym oddychać w porównaniu z Warszawą. Jednak żeby to docenić trzeba zmienić optykę, a niestety patrząc w szklany ekran telewizora, komputera nie da się tego zrobić lekko i bez wysiłku. Na rajdzie nudy nie było, a powiem więcej wrażeń mieliśmy co niemiara, także tych trudnych, w których lała się nawet krew! Krzysztof - wychowawca z Bogucina przeliczył się z prędkością zjeżdżając ze stromej góry i nie wyrobił się na zakręcie. Wyskoczył przez kierownicę i upadł na kamieniste podłoże, uderzając w nie głową. Na szczęście oprócz dużej ilości krwi z nosa rozpryskującej się dookoła, nic nie stracił. Pożyczony kask - dobrej jakości - uratował mu życie - stwierdził Waldemar. Wezwaliśmy pogotowie i już za 20min Krzysztof żegnał nas siedząc w karetce. Po przeprowadzeniu badań w kieleckim szpitalu okazało się, że chłop zdrów i nic mu nie zagraża. Wieczorem Leszek odwiózł go do Bogucina żegnając się z naszą ekipą. Oprócz tej sytuacji nie wydarzyło się już na szczęście nic niepokojącego. Czas był naprawdę dobry. Mogliśmy zmierzyć się ze zmęczeniem, pragnieniem, swoimi siłami i stanem ducha. Byłem zdziwiony, choć nie zaskoczony, kiedy w drodze do Bogucina, zmęczeni już ostro (narzuciliśmy sobie długi etap bez postoju aby dotrzeć przed zmrokiem do celu) pacjenci rozpoczęli głośno śpiewać znaną mi dobrze nutę z pielgrzymki - Wojownicy Pana - w rytmie Buffalo Sldier - Boba Marleya. Skąd oni mieli jeszcze siły? Dołączyłem do śpiewu. Pomyślałem sobie, że musimy sprawiać niezłe wrażenie w połączeniu z tym śpiewem, przemykając zwartym peletonem. A śpiewaliśmy na całe gardło:
Wojownicy Pana!
Nie zabijają!
Oni walczą miłością
Duchową amunicją
Weż udział w trudach
I przeciwnościach
Jako dobry żółnierz
Jezusa Chrystusa

Bardzo cieszę się, że rower okazuje się dla mnie kolejnym narzędziem do tego aby przezywać intensywnie czas, rozmawiając o ważnych sprawach i dzieląc się swoim doświadczeniem życiowym, w gronie innych mężczyzn. Zatem rower nie jest tylko do tego, żeby wyciskać poty - choć i to czasem pomaga.

wtorek, 8 września 2009

Pieniny_wyprawa z przyjacielem_sierpień_2009

To był dobry wyjazd. I cieszę się, że mogliśmy pojechać razem z Darkiem. Już nawet nie pamiętam kiedy udało nam się gdzieś razem pojechać. Cieszę się bo w Pieninach byłem ostatnim razem w dzieciństwie i zapomniałem, że tuż obok moich rodziców są tak przepiękne góry. Cieszę się też z tego, że wielką frajdę daje mi chodzenie po górach, że ten trud wspinania nie jest dla mnie czymś bezsensownym, ale czymś na co mam wielką ochotę. I co daje mi wielką frajdę. Cieszę się, że nie odpuszczałem, że pomimo zmęczenia, chciałem iść dalej. Cieszę się też z tych krótkich momentów kiedy mogłem modlić się, mając przed sobą te wszystkie niesamowite widoki.


Na ostatni tydzień sierpnia zaplanowałem ostatnie dni swojego wakacyjnego urlopu. Nie miałem ochoty znów, gdzieś jechać samemu. Okazało się, że mój przyjaciel Darek ma jeszcze trochę wolnego i tak jak ja chciał gdzieś wyjechać. Umówiliśmy się więc na kilkudniowy wyjazd w góry. Darek potrzebował tylko weekendu aby uzgodnić to z żoną. Mieliśmy wyjechać w czwartek i wrócić w niedzielę. Nie był to idealny termin, gdyż w niedzielę miałem mieć konwiwencję, ale zdecydowałem się. Darek zadzwonił w poniedziałek z dobrą informacją - jedziemy! Tylko, że chciał abyśmy wyjechali już w poniedziałek. Byłem zaskoczony, gdyż wyobrażałem to sobie inaczej i w pierwszej chwili miałem duży opór i powiedziałem, że muszę pomyśleć. Dopiero po odłożeniu słuchawki dotarło do mnie, że czasem tak mam, że kiedy coś ułożę sobie w głowie, to trudno jest mi otworzyć się na coś innego. Ale na szczęście, już od dłuższego czasu to widzę i otwieram się na to co dostaję zamiast trzymać się uparcie swoich pomysłów.

Wyjechaliśmy po pracy, przenocowaliśmy u moich rodziców w Busku, rano ruszyliśmy w dalszą drogę Wstaliśmy o siódmej, zjedliśmy szybkie śniadanie, zrobione przez mamę i ruszyliśmy, do celu zostało nam 170 kilometrów.

Największą niespodzianką drogi z Buska do Szczawnicy był przystanek w Łącku. Darek sędziował kiedyś mecz w okolicach, a gospodarze na koniec dali mu butelkę śliwowicy, którą w Łącku produkuje się od wielu lat. Śliwowica jest wytwarzana w warunkach domowych, jest tzw. bimbrem, a jej produkcja jest oficjalnie nielegalna. Ale, że jest to produkt wpisany na listę produktów tradycyjnych i ma olbrzymią renomę, oficjalnie nikt nie ściga produkujących i kupujących. Śliwowica ma 70% alkoholu i jak jest napisane na etykiecie "daje krzepę, krasi lica, nasz łącka...
Zatrzymaliśmy się przy pierwszym sklepie, choć wiadomo było, że w sklepie oficjalnie na pewno jej nie kupimy, ale trzeba było zrobić mały rekonesans. Udało mi się wypatrzyć schowany za pudełkami kawałek kartonu, wyklejony nalepkami z butelek po.... I wtedy wiedziałem, że jesteśmy na tropie. Sprzedawczyni oczywiście powiedziała, że u niej absolutnie nie, ale zaproponowała abyśmy poszli obok do sklepu RTV. Uśmiechnęliśmy się z Darkiem do siebie i poszliśmy do sklepu RTV który był obok. Taki mały, lokalny sklepik, kilka telewizorów, jakieś radyjka, anteny i tym podobne pierdółki. Ale na szczęście z pod lady, można było dostać coś extra. Wzięliśmy więc małą baterię, na spróbowanie i prezenty, na wyjątkowe okazje.

W końcu dotarliśmy na miejsce. Kwaterę znaleźliśmy błyskawicznie i to w dobrym miejscu, gdyż blisko wejścia na szlak. Zostawiliśmy bagaże, była dwunasta. Ruszyliśmy. Ten dzień, ze względu na późno porę miał być raczej rozgrzewką. Początek był jednak od razu ostro pod górę. Wspinaliśmy się na Sokolicę 747m. Podejście dość ostre, szczególnie dla ludzi takich jak my którzy nie często chodzą po górach. I tu wreszcie przydały się te moje ostatnie tygodnie jazdy na rowerze. Szedłem powoli, krok za krokiem, ale cały czas do przodu. I szło mi się dużo lepiej niz rok temu, kiedy chodziliśmy po górach z Jankiem. Po godzinie dotarliśmy na Sokolicę. A tam zobaczyłem przepiękną panoramę Pienin z wijącym się w dole Dunajcem. Dla takich widoków warto wdrapywać się na każdą górę. W takim momencie zapomina się cały ten trud wspinania się. W takich chwilach ja zapominam o wszystkim, co zostało na dole. Darek chciał zostać, na szczęście udało mi się namówić go aby poszedł ze mną jeszcze kawałek na pobliski szczyt Czertezik 772m. I stąd Darek już nie chciał iść dalej. Na szczęście znamy się długo, więc nikt nie musiał niczego udowadniać.
Posiedziałem trochę z Darkiem i postanowiłem ruszyć dalej, w stronę Trzech Koron. Było późno, około trzeciej, nie wiedziałem dokąd dotrę, ale chciałem iść dalej. Umówiliśmy się zatem, że będę szedł dalej przez jakieś półtorej godziny, a później wrócę, aby zdążyć przed ostatnią odprawą na drugi brzeg Dunajca. Może jeszcze rok, dwa lata temu zostałbym tam razem z Darkiem, ale przez ostatni czas trochę pozmieniało się w moim życiu, więc chciałem iść dalej, chciałem ten dzień spędzić w drodze. Nie zdążyliśmy zjeść obiadu. W plecaku, też nie miałem zbyt wiele do jedzenia, a i wody została mi tylko mała butelka, a pieniędzy prawie w ogóle. Po dwu godzinach znalazłem się na polanie tuż przy wejściu na Trzy Korony. Myślałem aby wrócić, gdyż chciałem abyśmy weszli tam razem z Darkiem. Nie udało mi się jednak dodzwonić, więc w końcu postanowiłem, że skoro jestem tak blisko, to wchodzę. To było drugie po wejściu na Sokolicę ostre podejście. I w końcu znalazłem się na szczycie. Widoki jak to mówią bez szaleństw. Na pewno nie tak piękne ja z Sokolnicy i Czertezika. Ale udało się dotrzeć na szczyt i to było najważniejsze. Wracając wygrzebałem ostatnie parę złotych które starczyły na dwa kawałki sera od kobiety która stała przy szlaku.
Tuż koło siódmej znalazłem się na dole, tyle, że byłem sam, a po drugiej stronie nie było widać nikogo kto miałby ochotę zabrać mnie na drugi brzeg. Sprawdziłem na tablicy, na szczęście przeprawy miały być do dwudziestej. Mijały minuty, a po drugiej stronie nikt nie pojawiał się. Na szczęście w pewnym momencie z gór zeszłą jakaś kobieta, odetchnąłem. Przez chwilę przeraziła mnie bowiem myśl, że będę musiał wrócić z powrotem na górę i poszukać innej drogi do Szczawnicy, a na to nie miałem sił. Po jakiejś pół godzinie na szczęście po drugiej stronie ktoś zaczął się ruszać. I już poczułem się prawie jak w domu. Wieczór spędziliśmy szukając miejsca gdzie można zjeść jakiś obiad, ale po długim spacerze okazało się, że wszystkie otwarte knajpy, w zasięgu naszej kieszeni serwują tylko włoskie jedzenie. Dla mnie to paranoja. Jadę w góry, a tam na każdym kroku, knajpy z włoskim jedzeniem, nie rozumiem. Nie wiem jak inni ale ja nie jadę w góry aby jeść włoskie jedzenie. w końcu nie mieliśmy innego wyjścia i moje plany odnośnie pysznego góralskiego jedzenia skończyły się na pizzy z kiełbasą.

Drugiego dnia wstaliśmy wcześnie. Tym razem mieliśmy w planie spędzić cały dzień w górach. Rano wyrwałem się tylko na laudesy, a później ruszyliśmy do Cervenego Klasztoru. Małej miejscowości, po słowackiej stronie, oddalonej o 10 km od Szczawnicy. Szliśmy wzdłuż Dunajca i znów mieliśmy przepiękne widoki. Dla mnie chodzenie po górach ma to do siebie, że zamiast patrzeć wokół siebie, patrzę pod nogi, aby nie przewrócić się i czasem po prostu ze zmęczenia. Tylko czasami w drodze na szczyt zatrzymuje się, aby popatrzeć na to co wokół. Spacer po płaskim, a tak był teren po drodze do Czerwonego Klasztoru, to zupełnie inna jakość. Można było po prostu oglądać te wszystkie przepiękne widoki, wokół nas. Dotarliśmy do campingu w Czerwonym Klasztorze i kiedy Darek poprosił mnie o zrobienie zdjęcia nagle przede mną ukazał się niesamowity widok na Trzy Korony. Rewelacja!
Ze Słowacji postanowiliśmy wracać do Polski przez góry. Po prawej minęliśmy Trzy Korony i zaczęliśmy wspinać się na szlak który doprowadził nas w końcu znów do Czertezika i Sokolicy gdzie posiedzieliśmy trochę podziwiając widoki. Tym razem nie miałem ochotę iść dalej. Mieliśmy w końcu w nogach kilkanaście godzin, więc widok był najlepszą nagrodą za trud całego dnia.

Po powrocie udało nam się wreszcie zjeść coś regionalnego, porozmawiać i pójść jeszcze na długi spacer.


sobota, 5 września 2009

Dziennik wędkarza 31.08-02.09.2009

Józef
Wczesnym rankiem (jak na Warszawę) o godz. 7 wyruszyłem z Józefowa do Warszawy (miałem dyżur nocny w Ośrodku Wychowawczym). Na Pradze czekał już na mnie Bogdan, z załadowanym po brzegi samochodem. Kierunek Legionowo. Pojechaliśmy na początek po brata Bogdana - doświadczonego wędkarza. Tam uzupełniliśmy prowiant i zapakowaliśmy sprzęt Tadeusza. Docelowo jechaliśmy w zakole Narwii, niedaleko miejscowości Różan. Kilka słów na przywitanie i rozmowa o zanętach kupionych po drodze. Pogoda dopisała, było słonecznie, wiał delikatny wiaterek. Trzy tygodnie wcześniej w tym samym miejscu Bogdan z bratem łowili, ale ryby brały słabo. Rozbiliśmy się nad łowiskiem. Po rozłożeniu namiotu, uzbroiliśmy wędki na grunt, zarzuciliśmy je, a w między czasie poszliśmy szukać gałęzi na ognisko. W pobliżu rzeki była niewielka otulina leśna.
Od właściciela pobliskiej działki pożyczyliśmy łódkę. Razem z Bogdanem wypłynęliśmy na rzekę. Zacumowaliśmy przy niewielkiej wydmie. Musieliśmy tylko oczyścić ją z różnych roślin, aby nie przeszkadzały nam podczas zwijania żyłki. Woda była w tym miejscu do pasa, a że rośliny wyrywaliśmy z korzeniami, zmęczyliśmy się przy tym nieźle. W pewnym momencie natknęliśmy się na grubą żyłkę wijącą się przy dnie. Przez moment myśleliśmy, że może to sznur od sieci kłusowników, ale nie mogliśmy jej wyciągnąć. W końcu przy pomocy wiosła udało nam się ją przerwać. Mogliśmy zacząć łowić. Już po pierwszym braniu Bogdanowi zerwał się sporej wielkości okoń. Później przez długi czas nie udało nam się złowić niczego, poza małymi uklejkami. Tadeusz też nie był zadowolony z rezultatów. Upłynęło kilka godzin "ciszy na wodzie i pod wodą" Ruszyliśmy więc łodzią w górę rzeki. Był silny nurt, łódką ciężko było sterować. Bogdan świetnie manewruje - trochę się na tym zna (można by pomyśleć, patrząc na jego "dziary" na rękach, prawie jak u rasowego marynarza). Moim zadaniem było tak prowadzić łódkę, żeby spiningista miał przestrzeń do częstego zarzucania i zwijania żyłki. Szło mi dobrze, choć muszę przyznać, że wiosła kajakarskie lepiej leżą mi w rękach. Bogdan przy okazji tłumaczył jak zarzucać, zwijać, podrywać, a przede wszystkim jak dobrać właściwą przynętę. Choć nie złowiliśmy niczego, był to dobry czas lekcji wędkowania. Po dotarciu do brzegu okazało się, że nie tylko nam nie poszło. Tadeusz złapał tylko kilka płoci. I tak do wieczora.

Wieczorem rozpaliliśmy ognisko, dyskutując o różnych sprawach, sącząc leniwie piwo. Przezbroiliśmy wędki na tzw. żywca - czyli na haczyk założyliśmy małe, żywe rybki. Zostawiliśmy wędki na noc, licząc, że może skuszą jakiegoś drapieżnika (sandacza, okonia lub szczupaka). Uzbroiliśmy też wędkę na suma, zakładając na hak dużego robaka tzw. rosówkę.
W trakcie rozmowy przy ognisku dzieliliśmy się naszymi problemami, trudnościami w pracy, w domu, w relacjach z żoną, znajomymi. Rozmawialiśmy też o naszej kondycji duchowej, o miejscu Boga w naszym codziennym życiu, które coraz częściej jawi się nam w tęczowych kolorach:) Z Bogdanem jesteśmy w jednej wspólnocie, więc rozmawialiśmy też o naszych doświadczeniach w relacji z innymi braćmi. Super, że możemy razem rozmawiać. Tadeusz przysłuchiwał się naszym rozważaniom. Dopiero kiedy zapytaliśmy go dlaczego nie ma na tym wyjeździe jego synów - odpowiedział lakonicznie - mają swoje sprawy, choć jeden niedawno wyrobił sobie kartę wędkarską. Od razu przypomniało mi się moje dzieciństwo. Nie mogłem chodzić z ojcem na ryby, bo rodzice żyli w separacji, ojca praktycznie nie widywałem. Dobrze, że mogłem chodzić na ryby z bratem mamy, wujkiem Gerardem. Lubiłem te nasze wypady na karasie i karpie. To były niezapomniane chwile. Pamiętam do dziś jak wracaliśmy z pełnym wiadrem ryb, dumni z siebie, a ciocia wzdychała - Oj tyle ryb...chyba całą noc będę musiała je smażyć.
Niestety wujek i mój ojciec już nie żyją. Więc choć bardzo bym chciał ,nie jestem już w stanie nadrobić z nimi tego straconego wspólnego czasu.
Więc kiedy słucham Tadeusza złoszczę się w duchu na jego synów, którzy nie wykorzystują szansy na bycie ze swoim ojcem, może dlatego, że ja tej szansy nie miałem. Na szczęście Bóg jest wierny i daje mi innych mężczyzn, z którymi mogę łowić, ucząc się życia, słuchając ich historii - o tym jak oni sami zmagają sie z rolami które pełnią w życiu jako ojcowie, mężowie, pracownicy, bracia we wspólnocie. To ciekawe. Przeżyłem już sporo wypraw z moimi kolegami, śpiąc pod gołym niebem, przemierzając w deszczu niezliczone kilometry, chodząc w sandałach po śniegu, topiąc kajak na środku jeziora, gubiąc kolegę w jaskini. Było świetnie - tak po męsku - dużo przygód, ryzyka, odwagi pełnej nierozwagi.
Dziś jednak, mam wrażenie, że nadszedł dla mnie czas dojrzewania w męskości. I co ciekawe może nie potrzebuję do tego tej dawki adrenaliny?, ale np. czasu spędzonego ze starszymi mężczyznami - wśród których czuję się dobrze. Z jednej strony czuję się nieswojo. Zwracają mi uwagę, udzielają rad, poprawiają, tłumaczą, ale też wspierają i doceniają. Przyzwyczaiłem się do tego, że to ja robię takie rzeczy, więc może stąd momentami czuję się dziwnie. Lecz z drugiej strony - czuję się z tym dobrze i tego właśnie potrzebuję. Jak pisze J.Eldredge - potrzebuję wprowadzenia w świat męski przez starszych mężczyzn! - inaczej nie dowiem się jak można żyć w małżeństwie, jak to jest być ojcem, jak łowić ryby, naprawiać rower. Nie dowiem się tego od kobiet, czy facetów, którzy wyręczają się innymi w załatwianiu swych spraw, podejmowaniu decyzji, nie dowiem się tego od facetów którzy znają życie z internetu i gier video. Nie dowiem się tego od mężczyzn dla których ojciec nie był nigdy autorytetem w żadnej kwestii, lub tak jak w moim przypadku, nie był obecny w ich życiu. (zob. J. Eldredge Dzikie serce)

Wracając do wyprawy. Po długich rozmowach, zmęczony wsunąłem się w śpiwór, Bogdan zrobił to samo. Tylko Tadeusz postanowił czuwac nad wędkami przez całą noc, podsypiając tylko w samochodzie. zasnąłem. Nad ranem usłyszałem głos Tadeusza, który wołał coś w tym stylu: Panowie, niech no jeden tu przyjdzie i mi pomoże. Przetrałem oczy. Zobaczyłem, że Bogdan smacznie śpi. Wyszedłem więc prędko z namiotu, otaczała nas zewsząd mgła, było około 6 rano. Podbiegłem do Tadeusza, któy walczył z dużą rybą. Udało mu się podprowadzić ją pod brzeg, ja trzymałem podbierak. Kilka manewrów i trzymałem w siatce prawie 2 kilogramowego leszcza. Rewelacja! Póżniej znów nic nie brało. Za to przywitał nas piękny poranek. Mgła rozrzedzał się nad taflą wody. W południe znów wypłynęliśmy z Bogdanem i tym razem też bez efektów. Wypatrzyliśmy za to kapitalne łowisko z myślą o kolejnym wędkowaniu. Po południu wracałem do Warszawy, gdyż kolejnego dnia rano musiałem być w pracy. Bogdan z Tadeuszem zostali jeszcze jeden dzień. Przed moim wyjazdem Tadeusz złowił jeszcze prawie trzydziesto centrymetrowego okonia, który poprawił nam humor. Ja sam poczułem dużą rybę, ale niestety po jakimś czasie puściła. Okazało się, że ryby zaczęły brać tego wieczoru, kiedy ja byłem już w domu. Cóż taki już los wędkarza:)

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Spotkanie w Lanckoronie - 20 lipca 2009

Jacek

Na wspólnotę Mężczyźni św. Józefa trafiłem w trakcie pracy nad tym blogiem. Któregoś dnia postanowiłem sprawdzić w internecie, czy są jacyś ludzie, którzy tak jak my z Józefem, próbują coś robić z innymi mężczyznami. I trafiłem na ich stronę internetową. Kiedy zacząłem ją przeglądać okazało się, że organizują w Lanckoronie, specjalny weekend pod hasłem Praca wśród mężczyzn. Wysłałem swoje zgłoszenie od razu. To zaproszenie spadło mi z nieba. Czasem, tak jak w przypadku tego weekendu mam poczucie, że dostaję od Boga więcej niż byłbym w stanie sobie zamarzyć. Ideą przewodnią tego spotkania była odpowiedź na pytanie kim jest mężczyzna XXI wieku?, oraz zachęcenie przybyłych do integrowania z Bogiem innych mężczyzn.

Na blogu znajdziecie dwie rzeczy dotyczące tego spotkania.
- w rubryce "Linki inne" - skrót wykładów prowadzonych przez Donalda Turbitta;
ewentualnie gdbyście chcieli usłyszeć więcej to zapraszam na stronę Mężczyżni św. Józefa
link jest na naszym blogu w rubryce "Linki"
- w rubryce "Do poczytania" - kilka moich wrażeń z tego wyjazdu

poniedziałek, 20 lipca 2009

na działce_lipiec 2009

Józef

Wyjechaliśmy z Warszawy około dziewiątej rano, w czteroosobowej grupie. Zapowiadał się upalny dzień. Celem podróży była rekreacja, praca i wspólne spędzenie czasu, w spokojnym miejscu poza Warszawą. Jechaliśmy na działkę z glinianą chatą położoną w Boguszynie, niedaleko historycznego miejsca - Czerwińska. Zanim dotarliśmy na miejsce skręciliśmy do klasztoru salezjanów, położonego w samym centrum Czerwińska. Ojciec Bazylii - sędziwy profesor przyrody - poświęcił nam godzinę, oprowadzając nas po starej wystawie misyjnej, gdzie obejrzeliśmy eksponaty przywiezione przez misjonarzy z rożnych miejsc świata. Później mielismy jeszcze szansę zobaczyć romańską bazylikę z 1115 roku. Niektóre elementy architektoniczne zrobiły na nas duże wrażenie. Czuliśmy się w tych starych murach jak w innym świecie. Na dodatek kiedy zwiedzaliśmy bazylikę, ktoś akurat ćwiczył na kościelnych organach. Muzyka potęgowała i tak niesamowite wrażenia.
Ojciec Bazylii urzekł nas swoją wiedzą. W trakcie zwiedzania doszło nawet do śmiałych dyskusji, które daleko wykroczyły poza historię zwiedzanego przez nas miejsca. Były więc dyskusje na tematy gospodarcze, ale też i egzystencjalne. Cieszę się, że odwiedziliśmy to miejsce, gdyż przed kilkoma laty, dane mi było spędzić w tych murach prawie rok. Znałem je dobrze. Słuchałem jednak naszego przewodnika, którego znałem jeszcze ze starych czasów. Ojciec Bazylii był moim nauczycielem filozofii przez 2 lata na studiach w Łodzi. Ten siedemdziesięcio kilku letni, niski, krępy facet ma niesamowitą wiedzę, także na temat misji, choć tak naprawę sam na misjach nigdy nie był. Nic wiec dziwnego, że Rafał w pewnym momencie zapytał ojca, jak czuł się na misji?
Niespodziewanie spotkałem również mojego magistra nowicjatu, który akurat przyjechał z Gdańska. Okazało się, że cały czas pełni tę samą funkcję w Czerwińsku. To było dla mnie ważne spotkanie. Wymieniliśmy serdeczne uwagi, dotyczące naszego wspólnego życia przez rok pod wspólnym dachem. Zawsze miałem dużo życzliwości do mojego przełożonego, choć często nie zgadzałem się z jego poleceniami, naukami, dobrą radą, czy krytyką. Jednak to czego doświadczyłem w tych murach przez rok, w osamotnieniu, na modlitwie, ciężko pracując za braćmi z zakonu, było bardzo cenne i pomaga mi w obecnym życiu męża, pracownika, studenta, brata we wspólnocie.
W końcu dojechał do nas Paweł z żoną, u których spędziliśmy resztę dnia. Po drodze na ich działkę zatrzymaliśmy się aby zaopatrzyć się w kilka rzeczy. Łukasz z Piotrem kupili mięso na grila. Paweł kupił 5 worków cementu i ruszyliśmy do Boguszyna. Po 30 minutach dotarliśmy na miejsce. "Nawroć" przywitała na swoją dzikością. Mnóstwo krzewów, drzew, a w tym wszystkim kilka pomieszczeń gospodarczych, piwniczka, studnia i gliniana chata! Plan działania był prosty. Mieliśmy popracować, coś zjeść, a w wolnej chwili wyskoczyć wykąpać się w jeziorze. Przez cały dzień słońce przypiekało nas. Zjarałem sobie plecy, a Piotr narzekał na palący kark. Wykonaliśmy jednak kawał roboty. Najpierw siłowaliśmy się z betonową kolumną, wysoką na 3 metry, stylizowaną na starożytną kolumnę, w stylu doryckim. Kolumna zaczęła osiadać przy podstawie i przez to odchyliła się od pionu. Napociliśmy się zdrowo. Mieliśmy zawężone pole manewru, dlatego postanowiliśmy etapowo zabezpieczyć podstawę kolumny, poprzez wzmocnienie podłoża betonową wylewką, którą urabialiśmy w taczce. Dla Łukasza było to nowe doświadczenie - z którego bardzo ucieszył się. Kolejną pracą było ponowne osadzenie rynny i zaprojektowanie odpływu wody, tak aby w trakcie deszczu woda spływająca rynną nie zalewała terenu przy chacie.
W tym wszystkim znaleźliśmy też czas na czytanie gazet i rozmowę. A Łukasz wraz z Panią domu przygotował nam przepyszną karkówkę i kurczaka. Do tego była rewelacyjna sałatka i ciemny chleb ze śliwkami i rodzynkami. Uczta jak na pracowników fizycznych - wykwintna.
Przy dobrym, różowym winie, była też chwila aby wreszcie porozmawiać i poznać się lepiej.
Czas biegł szybko. Nie zdążyliśmy już pójść nad jezioro, więc wykąpaliśmy się w balii stojącej przy domu. Mam nadzieję, że wrócimy tam jeszcze kiedyś, na dłużej i będzie już wtedy chwila by wykąpać się w pobliskim jeziorze.

czwartek, 9 lipca 2009

Dziennik wędkarza_lipiec_2009


Józef

To była piękna wyprawa. Przede wszystkim dlatego, że dużo się na niej działo i dużo się też w trakcie jej trwania nauczyłem. Wszystko to czego tam doświadczyłem zostało w mej głowie i mam nadzieję że choć trochę w sercu. Czterech facetów - trzech młodzieńców poszukujących przygód i wrażeń oraz jeden doświadczony jegomość.

Dwa auta zapakowane po brzegi sprzętem wędkarskim, namiot, kilka rzeczy osobistych, trochę prowiantu, wody do picia i duża ilość preparatu na komary. Cel trasy rzeka Narew. Przewidziany czas wyprawy - dwa dni. Wyruszyliśmy wcześnie. Wszystko zapowiadało się zwyczajnie, najpier

w przeprawa przez betonową dżunglę - jak codziennie zresztą:-) Nie wszyscy się znamy, więc krótkie przywitanie i w drogę. Kilka wdechów świeżego powietrza poza granicami miasta i jedziemy dalej. Krótki postój w pobliskiej miejscowości i prujemy nad rzekę. No i trach! Dojechaliśmy do niewłaściwego miejsca a na dodatek nasze auta ugrzęzły w błocie tuż przed samą rzeką. Troszkę nerwów, holowanie i po sprawie, tylko że wyciągnęliśmy jednego a drugi ugrzązł tak, że trzeba podskoczyć do pobliskiej wsi po traktor. Niestety nie udało się zdobyć pomocy mechanicznej. Pożyczono nam tylko podłamaną łopatę i dwa kawałki drewna pod koła. Ulepieni w błocie i spoceni niemiłosiernie ledwie unikamy sprzeczki z jakimś tubylcem i skręcamy we właściwą tym razem stronę. Ekipa w jednym aucie chcąc ominąć jakiś kamień na leśnej drodze nieomal zawisła karoserią na niewidocznym korzeniu wystającym na skraju drogi. Okazuje się, że układ kierowniczy nie funkcjonuje jak powinien po tym zderzeniu z korzeniem drzewa. Już wiemy, że d

roga powrotna będzie długa i mogą być problemy. Tymczasem bierzemy się w garść i dobijamy do celu. Miejscówka jednak nie nadaje się na założenie łowiska, rzeka wezbrała w tym miejscu, tak, że nie da się łowić. Cóż szukamy innego miejsca. Znaleźliśmy względne miejsce i rozbijamy obóz. Bogdan jako kierownik wyprawy dba o to, żebyśmy sprawnie przygotowali miejsce pod obóz. Po zniwelowaniu kilku górek rozbijamy namiot , znosimy sprzęt i urządzamy się tak, żeby wszystko grało. Bogdan zapalony i doświadczony wędkarz wydaje tylko dyspozycje a reszta działa pod jego czujnym okiem. Już w tym momencie czuję się jakoś dziwnie. Trochę wędkowałem wcześniej. Znam sie na tym, poradzę sobie tak jak ze wszystkim. Przecież wychowując się bez ojca zawsze sam musiałem sie wszystkiego uczyć i sam sobie radzić ze wszystkim. Nawet, kiedy ktoś mi chciał pomóc, podpowiedzieć, to ja brałem to za atak na mnie. Myślałem, że nie mogę pokazać, że czegoś nie umiem. Nie jestem ciotą i dam sobie radę. Potrzebowałem sporo doświadczenia i lat żeby zmieniło mi się myślenie w tej kwestii. Nigdy nie będę potrafił wszystkiego i nie oto chodzi w męskiej wędrówce jak słusznie zauważył John Eldredge, którego książki w porę zacząłem czytać.ale wróćmy do wyprawy. Jednak nikt w zasadzie mnie nie uczył łowić ryb. Co prawda wyruszałem na stawy i bagienka ze szwagrem, wujkiem jednak oni nie tłumaczyli wszystkiego. Sam musiałem przyglądać się im jak łowią i kopiować ich a później, kiedy byłem starszy łowiłem nie wiedząc, że popełniam głupie błędy i nie było nikogo kto by mnie nauczył je korygować. Teraz jest ta okazja. Bogdan chętnie udziela rad i poucza cierpliwie. Każde pytanie jest ważne, nikt tu się z nikogo nie naśmiewa. Najstarszy dzieli się doświadczeniem z resztą. Nie wszyscy jednak

chcą słuchać. Adam robi po swojemu. Różnie mu to wychodzi ale w końcu daje się złamać i przyjmuje kilka cennych wskazówek od Bogdana. Nigdy nie łowiłem na rzece i nigdy nie zbroiłem wędki na grunt. Jakże mi brakowało tego ojcowania, które teraz dostrzegam we wskazówkach Bogdana. Bogdan sporo przeżył. Niedawno miał szereg ciężkich operacji. Ostatnia była na otwartym sercu! Dobrze posłuchać użytecznych rad nie tylko o wędkowaniu od takiego gościa. Późnym wieczorkiem będzie czas na męskie rozmowy przy ognisku. Tymczasem wyciągamy jakieś rybki. Jakiś leszcz, okoń, nawet mały sum niefortunnie zahaczył się na moja wędkę. Cieszę się jak dziecko, że coś złowiłem a Bogdan mówi: "chłopaki jak będzie odpowiedni poziom wody w rzece to przyjedziemy jeszcze a wtedy to wam pokażę jakie sie ryby łowi, wy też będziecie takie ciągnąć sztuki, że...." W końcu ryby całkiem przestają brać a my za to rozmawiamy o filozofii - Jacek z wykształcenia jest filozofem, mi też zdarzyło się ugryźć trochę filozofii studiując ja przez cztery semestry akademickie! Było o czym rozmawiać - Bogdan też miał sporo do powiedzenia! Później rozmowa popłynęła na wody religii by zacumować nad rzeczywistością w jakiej jesteśmy. Szczególnie cenne dla mnie były rozmowy dotykające problemów małżeńskich Jako roczny mąż mam ich nie mało a doświadczeniem też nie grzeszę w tych sprawach więc na rozmowach upłynęło nam ładnych parę godzin. Wsuwamy się w śpiworki jak larwy o godzinie pierwszej w nocy by za 3 godziny obudzić się i zapolować na jakąś drapieżną rybkę....... Dalej nie będę pisał bo wyjdzie pamiętnik hehe. Dodam tylko, że najbardziej utkwiły mi w pamięci nasze szczere rozmowy i dzielenie się swoimi doświadczeniami a przy okazji skorygowałem kilka błędów w moim wędkowaniu. Z pewnością to nie ostatnia wyprawa w tym składzie. Już planujemy następną. To były tylko przedbiegi jak mówią zawodowcy:

-) Na koniec powiem, że mimo tak krótkiego czasu jaki spędziłem poza betonową dżunglą mam wrażenie jakby mnie nie było w mieście przynajmniej z tydzień słowo daję takie mam odczucia.

Jacek

Początki były trudne. Jadąc przez las, próbowałem ominąć kamień i nadziałem się na korzeń. Skutkiem tego, coś uszkodziłem w saabinie. A potem zakopaliśmy oba samochody, próbując podjechać jak najbliżej rzeki. Ale to był akurat jeden z fajniejszych momentów, przynajmniej z mojej perspektywy. W końcu planowaliśmy męski wyjazd, więc Bóg zatroszczył się o przygody i wyzwania. Utknęliśmy.

Po kostki w błocie, zdani na siebie i ewentualną pomoc. Na szczęście dzień wcześniej w tym samym miejscu zakopali się faceci, którzy tak jak my przyjechali na ryby. Dzięki ich pomocy udało nam się wyciągnąć samochód Adasia. Później przy pomocy pożyczonego, rozsypującego się szpadla i kilku kawałków desek wzięliśmy się za wyciąganie z błota mojej saabinki. Ja siedziałem za kierownicą, Adaś ciągnął mnie swoim samochodem za hak, a chłopaki pchali z przodu. Nie powiem, trochę błota latało w powietrzu. Ale to właśnie jest smak przygody. W końcu udało się.

Kiedy już znaleźliśmy dla siebie miejsce, zajęliśmy się rozkładaniem biwaku. A później oczywiście wzięliśmy się do wędkowania. Mnie, przyznaję, brakuje cierpliwości, a ze ryby specjalnie nie brały porzuciłem dość szybko sterczenie nad kijem. Później wróciłem jeszcze, ale już do spiningowania, które jest dużo bardziej aktywną formą wędkowania. Polega na rzucaniu i ściąganiu przynęty i tak raz za razem. Jak dla mnie dużo ciekawsze, niż łowienie na tzw. grunt. W tzw. międzyczasie sporo rozmawiałem z Bogdanem. I to była dla mnie ważną część naszego wyjazdu. Rozmawialiśmy najogólniej o życiu. Dwie rzeczy jakoś bardzo poruszyły mnie w naszych rozmowach. Jakiś czas temu staliśmy razem z Bogdanem po liturgii, rozmawiając. W trakcie tej rozmowy zaproponowałem mu, ze jak chce mogę odwiedzić go w pracy. Do spotkania nie doszło. Bogdan jednak w trakcie tego wyjazdu wrócił do tego i zaczął przepraszać mnie. Myślał, ze proponując, ze odwiedzę go w pracy, na męski sposób dawałem mu sygnał, ze chcę pogadać, a on nie znalazł na to czasu. Śmiesznie, bo ja proponowałem takie spotkanie myśląc, ze to on potrzebuje pogadać. Ta sytuacja uświadomiła mi jedną, ważna dla mnie rzecz. Moje słowa nie giną. Czasem mam poczucie, szczególnie w ostatnich historiach z Anią, ze to co mówię, robię nie ma znaczenia, przechodzi zupełnie bez echa. Ta sytuacja pokazała mi, ze jest inaczej, ze moje słowa mają znaczenie, ze to co mówię, robię zostaje w innych. Druga rzecz, która mnie poruszyła w trakcie naszych rozmów, to, ze tak naprawdę wiele rzeczy przezywamy tak samo bez względu na to, czy mamy 15 cz 60 lat i to jest pocieszające:) Ten wyjazd uświadomił mi, po raz kolejny już, ze dla mnie ważne jest to co robi się razem, to, ze mogę się czegoś nowego nauczyć przebywając w gronie fajnych facetów. To co dla mnie jest najważniejsze, także w trakcie takich wyjazdów, to bliskie spotkanie, to dobra rozmowa, dzielenie się tym co w nas. Widzę, ze był taki czas kiedy tej bliskości, rozmów szukałem głównie u kobiet. Przez wiele lat mojego życia, jakoś lepiej rozmawiało mi się z kobietami. Z facetami było dużo gorzej. Od jakiegoś czasu, moje życie układa się jednak tak, ze bliskość zaczynam budować w relacji z mężczyznami. To z nimi głównie rozmawiam. Nie żebym uciekał od kobiet. Z jednej strony ostatnio moje życie układa się tak, że spotykam się głównie z mężczyznami. Z drugiej zaś strony któregoś dnia dotarło do mnie, że potrzebuję czegoś więcej niż ...szukanie zrozumienia u kobiet, wypłakiwanie się w ich obecności, nie wiem jak to nazwać. Wiem tyle, że kiedy rozmawiam o swoich trudnościach z mężczyznami, widzę, ze mierzymy się z podobnymi problemami. Oczywiście nadal ważne są dla mnie spotkania i rozmowy z kobietami, gdyż pomagają mi one lepiej rozumieć ten jakże inny i czasem tajemniczy świat. Jednak dobrze jest wiedzieć, że mój męski sposób widzenia świata, siebie, relacji - nie jest "szaleństwem" - ale właśnie naszym męskim spojrzeniem, w którym nie jestem osamotniony - a tę świadomość dają mi właśnie spotkania z mężczyznami.

Strzały:

był taki moment kiedy chłopaki łowili, a ja stałem z boku. wtedy w moją głowę zaczęła wbijać się myśl, ze moze ze mną jest coś nie tak, bo nie robię tego co oni; ta myśl na chwilę odebrała mi radość z wyjazdu - widzę jednak, ze te myśli nie są ode mnie;

kilka dni temu miałem podobną sytuację, po squashu pojechałem z Łukaszem na basen i w pewnym momencie złapałem się na tym, ze nie cieszy mnie to, ze jesteśmy razem na tym basenie, ze mogę sobie spokojnie popływać; w moje myśli zaczęła wciskać się myśl, ze Łukasz pływa lepiej ode mnie i ze nigdy nie nauczę się pływać kraulem - widzę, ze te myśli zabierają mi radość z tego co robię, może faktycznie to nasze życie to walka i jest ktoś co cały czas próbuje nam zabrać radość z życia

wtorek, 30 czerwca 2009

Szlakiem tatarskim Krynki_maj_2009

Jacek
Miałem już dość siedzenia w Warszawie. Podobnie jak Józek. Zaczęliśmy więc zastanawiać się nad zorganizowaniem wyjazdu w trakcie majówki. Jak to się stało, że wybrałem wyjazd na wschód nie pamiętam. Pamiętam tylko, że w pewnym momencie zacząłem zbierać informacje o Szlaku Tatarskim. Słyszałem o tym szlaku już wcześniej. Zacząłem organizować wyjazd dość późno, czekałem bowiem na decyzję Józka odnośnie tego kiedy będzie w stanie wziąć urlop. Pomysł był wspólny, więc zależało mi aby był na tym wyjeździe razem z Asia. Kiedy już wziąłem się za szukanie miejscówki okazało się, że jest ciężko. W końcu jednak udało mi się znaleźć miejsce w Domu Kultury w Krynkach. Plan był bardzo ogólny, zbieramy 10 osób, pakujemy się w samochody, a resztę organizujemy na miejscu. Po różnych historiach powstała w końcu ekipa: Ja, Rafał, Adaś, Darek, Wojtek, Asia. Z małym opóźnieniem mieli do nas dołączyć Józek z Asią. Wypożyczyliśmy przyczepę, zapakowaliśmy rowery i ruszyliśmy. Dotarliśmy na miejsce trochę po północy. Miejscówka była skromna, żeby nie powiedzieć spartańska, ale w końcu miało być tanio, no i sam Dom Kultury nazywa się "Bieda", więc nazwa mówi sama za siebie. Dostaliśmy dwa pokoje, a w nich łóżka, miały być. Faktycznie były to jednak jakieś takie składaki, a na nich sienniki wypchane sianem, trawą? trudno powiedzieć.
DZIEŃ PIERWSZY
Kilka miesięcy temu przestawił mi się zegar biologiczny, czy coś tam w środku i zacząłem wcześnie wstawać. Miałem nadzieję, że przejdzie mi na wyjeździe, ale nie. Wstałem więc pierwszy i czekałem, aż reszta ekipy wstanie z łózek. Zaraz po mnie wstał Rafał, więc w oczekiwaniu na resztę ekipy postanowiliśmy odmówić laudesy. Tego dnia strasznie wiało, więc zamknęliśmy się na czas laudesów w saabinie. W końcu wstała reszta ekipy, więc mogliśmy zjeść wspólne śniadanie. Lubię klimat wspólnego jedzenia. Na ten dzień mieliśmy zaplanowaną kilkugodzinną trasę. Pierwszym miejscem które odwiedziliśmy był meczet w Kruszynianach. O meczecie opowiadał w niesamowity sposób facet pochodzenia tatarskiego. A później wylądowaliśmy po drugiej stronie ulicy w restauracji Tatarska jurta prowadzonej przez panią Dżennetę Bogdanowicz. Co prawda dwie godziny wcześniej jedliśmy śniadanie, ale postanowiliśmy spróbować kilku tatarskich potraw. I zachwyciliśmy się. Przypomniały mi się czasy kiedy żyła jeszcze moja babcia i wszystkie moje wyjazdy z dzieciństwa do rodziny na wieś. Proste, ale przepyszne tradycyjne jedzenie. Dużo, tłusto i niesamowite smaki. Robiliśmy nawet szybki ranking. Ja zachwycony byłem kołdunami w rosole, sytą (zmrożony napój z wody, miodu i soku z cytryny), babką ziemniaczaną i pierekaczewnikiem. Choćby dla tego jedzenia warto pojechać w tamte okolice. Resztę dnia spędziliśmy jeżdżąc po okolicach. Byłem pod wrażeniem. Większość wsi przez które przejeżdżaliśmy wyglądała jakby czas zatrzymał się tam wiele lat temu. Piękne drewniane domu, cisza, spokój, a w niektórych miejscach jeszcze piaszczyste drogi. Wieczorem wyjechaliśmy po Józka i Asię do Białegostoku. Wieczór zakończyliśmy rozmową przy sziszy, którą po ciężkich zmaganiach rozpalił Adaś. Dla mnie ten dzień był też wyjątkowy z tego względu, że był to mój pierwszy dzień bez papierosa, od czasów szkoły średniej, chyba?
DZIEŃ DRUGI
Okazało się, że nie jestem jednak takim rannym ptaszkiem, Kiedy wstałem na nogach był już Józek z Asią. Właściwie nie tylko na nogach, oni już byli myślami daleko w trasie. Musieli w końcu jednak korzystać z najgłębszych pokładów cierpliwości, gdyż większość ekipy po całym dniu na rowerze, spała w najlepsze. W końcu dołączył do nas Rafał, więc mogliśmy zacząć dzień od laudesów, później klasycznie już śniadanie, w trakcie którego dołączała do nas powoli reszta ekipy. Tego dnia nie wszyscy mieli już jednak ochotę na jeżdżenie. Darek i Adaś uznali, że tego dnia wolą jednak poruszać się samochodami. Zawieźli nas do Supraśla, a stamtąd ruszyliśmy już przez okoliczne pola i lasy. Tego dnia grupa zaczęła się też powoli rozsypywać. Z początku miałem jeszcze ciśnienie, aby próbować utrzymać nas razem, ale w końcu uznałem, że nie ma to sensu. Na obiad pojechaliśmy jeszcze razem, oczywiście do "Tatarskiej jurty". Do domu zaś zjeżdżaliśmy indywidualnie, każdy w swoim tempie i czasie. Wieczór spędziliśmy przy ognisku. Niektórzy skupili się na paleniu sziszy inni na ewangelizacji i filozoficznych rozmowach:)
DZIEŃ TRZECI
Niedziela była dniem powrotu. Jednak nie najkrótszą drogą. Okazało się bowiem, że niedaleko mieszkają dziadkowie Adasia. Adaś zaproponował abyśmy zajechali do nich. Była tam bowiem jego mama która przyjechała sama z Warszawy samochodem. Adaś nie chciał aby mama wracała sama. Mieliśmy więc podjechać do jego dziadków w drodze do domu. Postanowiliśmy też jako, że byliśmy w okolicy podjechać do Białowieży aby zwiedzić choć kawałek puszczy. Musieliśmy jednak ze względu na mała ilość czasu ograniczyć się do zwiedzenia Rezerwatu. I to był naprawdę rewelacyjny pomysł. Mogłem bowiem po raz pierwszy na żywo zobaczyć moje ulubione zwierzę, czyli wilka. Zrobić sobie zdjęcie z leniwym ryśkiem i zobaczyć szaloną łosicę. A na koniec naszej wyprawy załapaliśmy się wszyscy na pyszne ciasto u dziadków Adasia.
DLACZEGO PISZĘ O TEJ WYPRAWIE W TYM MIEJSCU.
Nie był to typowy męski wyjazd. W końcu były razem z nami dwie Asie. Nie był to też wyjazd na którym sprawdzaliśmy swoją siłę, czy wytrzymałość. Ale w końcu mężczyzna to nie tylko ten, który walczy, sprawdza się, ciężko pracuje. To także ten który odpoczywa po pracy, wysiłku. I taki był ten wyjazd. Miał być przede wszystkim czasem, kiedy mieliśmy odpocząć. I myślę, że to się akurat udało. Piszę też o tym wyjeździe w tym miejscu, dlatego, że dla mnie osobiście jednym z wyznaczników tego wyjazdu, było podejmowanie odpowiedzialności. Czułem się odpowiedzialny za jego przygotowanie. Za zadbanie o miejsce gdzie moglibyśmy mieszkać, za zaproponowanie formy spędzania czasu, za organizację podróży i czasu na miejscu. Nie zawsze w życiu zachowywałem się odpowiedzialnie, choć zawsze za taką osobę się uważałem. Chcę jednak aby ludzie mi bliscy i nie tylko, wiedzieli, że mogą na mnie polegać. I widzę, że właśnie takie konkretne sytuacje jak ten wyjazd, weryfikują to. To co może nie jest dla mnie pierwszyzną, ale było też ważne, to to, że podjąłem się organizacji tego wyjazdu samodzielnie. Widzę, że czasem łatwiej mi w coś wchodzić ,coś robić, kiedy robię to z kimś. Na pewno jest mi łatwiej, kiedy w trudnych momentach mogę oprzeć się na drugiej osobie. męskości jest też podejmowanie odpowiedzialności. Dla mnie wyrażało się, to w organizacji tej wyprawy.
Pomimo, że ten wyjazd był czasem odpoczynku, ja miałem mimo wszystko swą walkę. Przez caly ten czas nie paliłem. Nie wyobrażałem sobie, że mogę nie palić, nie korzystając przy tym z wspomagaczy takich jak plastry antynikotynowe. Teraz już wiem, że można i znowu chcę podjąć tę walkę. Wyjątkiem była szisza. Dla mnie jednak te 3 dni były czymś co jeszcze niedawno wydawało mi się czymś niemożliwym.







poniedziałek, 29 czerwca 2009

Męska wyprawa - zerówka - wrzesień 2008

Jacek
Zerówka odbyła się we wrześniu 2008 roku. Zaczęło się od tego, że od jakiegoś już czasu rozmawiałem z moim przyjacielem Jankiem aby gdzieś razem pojechać. Ja chciałem odwiedzić pewne gospodarstwo agroturystyczne z hodowlą kóz. Janek chciał przede wszystkim chodzić na długie spacery. Cele mieliśmy zasadniczo różne, ale udało się je pogodzić. Pojechaliśmy więc do miejsca które chodziło mi po głowie, z założeniem, że dnie będziemy spędzać na spacerach po górach, z jednym zastrzeżeniem miały to być spokojne spacery. Pojechaliśmy samochodem. Z Warszawy do Nowego Gierałtowa, gdzie znajduje się Gościnna Zagroda jest jakieś 400km, czyli około 6 godzin jazdy. Dotarliśmy bez problemu. Ja prowadziłem samochód, a Janek rozmowę. Wcześniej korespondowałem mailowo z właścicielką tego gospodarstwa. Wszystko było umówione. Kiedy jednak dotarliśmy na miejsce, właścicielka przywitała nas dość chłodno, nie wiedzieć dlaczego. Rozmawialiśmy przez bramę i nagle zaczęła coś mówić, że nie wie czy ma jeszcze wolne miejsca. Byłem totalnie zaskoczony, bo wcześniej robiłem rezerwację, poza tym przyjechaliśmy poza sezonem. W końcu po długiej rozmowie pani otworzyła nam bramę. Okazało się, ze poza nami nie ma żadnych gości. Później pani przyznała się dlaczego powitała nas tak chłodno. Okazało się, ze moje maile wyglądały następująco. Jedno, dwa zdania, a pod tym wszystkim niekończąca się korporacyjna stopka. Pani Barbara potraktowała więc nas jak snobów z warszawki, na którą i tak już była uczulona. Na szczęście dość szybko przełamaliśmy pierwsze nie najlepsze wrażenia i skończyło się tym, ze regularnie wieczorami lądowaliśmy z dobrym winkiem u naszych gospodarzy. Były więc wieczorne rozmowy i przepyszny kozi ser, którym przegryzaliśmy przyniesione przez nas wino.

Dni zaczynaliśmy od wspólnych laudesów. To w trakcie tej wyprawy Janek zaraził mnie poranną modlitwą. Później robiliśmy szybkie śniadanie i wyruszaliśmy na wcześniej zaplanowaną trasę.
W górach spędzaliśmy zwykle cały dzień. Wracaliśmy późnym popołudniem. Mieliśmy do dyspozycji kuchnię więc obiady robiliśmy sobie na miejscu. Wieczorami obowiązkowo oglądaliśmy kilka odcinków serialu który przywiózł ze sobą Janek, a później albo szliśmy do naszych gospodarzy, albo czytaliśmy książki.

CO ZAPAMIĘTAM Z TEJ WYPRAWY.

Na pewno wspólne, poranne laudesy. Wspólne rozmowy. Wyjazd do Lądka Zdroju, gdzie pływaliśmy w jednym z najpiękniejszych basenów jakie kiedykolwiek widziałem, no i oczywiście - dzień w którym Janek zgubił podeszwy od butów.
A było tak. Drugiego dnia, wyruszyliśmy na trasę. przeszliśmy kilkaset metrów, kiedy Janek zorientował się, że chyba odkleja mu się podeszwa. Przeszliśmy jeszcze parę metrów, kiedy okazało się, że faktycznie jego buty po prostu rozsypały się ze starości. Odeszła najpierw podeszwa od jednego, a chwilę później od drugiego buta. Wróciliśmy do domu. Po rozmowie z gospodarzami okazało się, że najbliższy sklep gdzie, może znajdziemy jakieś buty jest w Lądku.
Musieliśmy więc zmienić plan na dzień. W Lądku coś znaleźliśmy, ale, że Janek nie był zbyt przekonany, zdecydował, że nie będzie kupował nowych butów. Postanowił, że będzie chodził w sandałach. Wybieraliśmy więc w miarę łagodne szlaki, czyli w końcu udało się znaleźć kolejny kompromis.

NAJTRUDNIEJSZY MOMENT

Dla mnie najtrudniejszy był pierwszy dzień. W związku z tym, że ja po warszawie poruszam się głównie samochodem, pierwsza wyprawa miała być w miarę łagodna. Okazało się jednak, że mapa swoje a rzeczywiste trasy swoje. Był taki moment kiedy musieliśmy wchodzić kilkaset metrów pod ostrą górę. Zważywszy na moją kondycję, te kilkaset metrów było naprawdę trudne. Ale wysiłek opłacił się. Dotarliśmy na górę. Tam jednak przegraliśmy z maleńkimi muszkami. A tak marzyłem o tym, żeby położyć się i odpocząć na szczycie. Nie dało rady, wsunęliśmy po kanapce i musieliśmy zwiewać przed tymi maleństwami.
Ta ostra wspinaczka uświadomiła mi też jedną istotną rzecz. To, że w swoim życiu, szczególnie w relacji z Anią w sytuacjach kiedy było trudno, kiedy miałem wątpliwości, obawy, wymiękałem, uciekałem, rezygnowałem. Teraz, kiedy już tyle razy zawiodłem, dotarło do mnie, że jedynym sposobem na zbudowanie czegokolwiek, na osiągnięcie czegoś w życiu - jest trwanie w tym. Inaczej nie sposób niczego zbudować.

Janek
SOFT INTRO
Zwykle należałoby napisać coś lekkiego, aby czytelnik nie odbiegł myślami do innego bloga. Wydaje mi się, że jak napiszę, że to był naprawdę bardzo dobry wyjazd, to będzie to celne i trafne.
Pomimo, że był to męski wyjazd, to nie był to AŻ TAK męski w dzisiejszym ujęciu tego stwierdzenia. Nie był to bowiem wyjazd z cyklu „kobiety, wino i śpiew” (lub „cycki, wino i pianino” jak kto woli), ale elementów winno-chmielnych nie zabrakło. Piwem raczyliśmy się raczej jako uzupełnienie minerałów i witamin – nie jako konieczność udanego wyjazdu.
To był naprawdę dobry czas – wspólne wyprawy w góry dawały niesamowitą możliwość rozmowy (z Panem Jackiem tyle w życiu się nie nagadałem!), która nie była zmącona telefonami na biurko, mejlami czy spotkaniami biznesowymi... a przed wszystkim poranne laudesy dające możliwość rozpoczynania dnia inaczej niż wielu…
Taki swoisty Kairos…
DZIEŃ, W KTÓRYM MOJE BUTY POSZŁY WŁASNĄ DROGĄ
Zdarzył się jeden taki dzień w trakcie którego moje buty zdecydowały iść własną drogą. W trakcie marszu na początek szlaku dosłownie odpadły mi podeszwy butów! W sumie nie zdziwiło mnie to jakoś bardzo, bowiem buty te zakupione zostały w roku ’96 bądź ’97 – swoje lata już miały. Dodatkowo przez ostatnie 4 lata nie były w ogóle używane… Miały powód, aby się obrazić i pójść własną drogą Najgorsze w całym tym wydarzeniu było dojście do szlaku – około 40 minut dobrym tempem a dodatkowo konieczność powrotu do domu. A że nie byliśmy już daleko od startu, to powrót w butach bez podeszw a jedynie na wkładkach, które nieznanym mi cudem trzymały się resztki tego co można nazwać butem, wydał mi się mentalnie męczący. Zamiast gór wybraliśmy inne cel: Lądek Zdrój i sklep z butami. Lądek odnaleźliśmy, otwartego sklepu z butami górskimi już nie (najbliższy czynny w sobotę to Świdnica - daleko). Cóż pozostało? Uzdrowisko!
SOLANKA JAJECZNA I INNE UROKI ZDROJOWE
Buty w swoją stronę – my w swoją. Na pierwszy ogień poszło uzdrowisko. Po dobrej kawce w restauracji zdrojowej (tam prawie każda restauracja jest zdrojowa), udaliśmy się na basen jajeczno-maksymalnie wonny. Na szczęście w pobliżu kompleksu uzdrowiskowego był otwarty sklep z kąpielówkami i ręcznikami, więc mogliśmy poczuć się kuracjuszami a dodatkowo mieliśmy pewność, że nas wpuszczą Wraz z Panem Jackiem byliśmy jedynymi, którzy pływają w oczku wodnym mającym może 8 metrów średnicy. Kuracjusze dostojnie moczyli się w cieczy o trudnej do opisania woni (podwórkowi poeci nazwaliby to „zgniłym jajem”). No cóź… my sportowcy i bohaterowie mamy inne priorytety

PONIEWIERKA I SZLAKI
Jeśli chodzi o nasze górskie wyprawy i poniewierki, to pierwsze co zauważyłem, to brak dobrego oznaczenia szlaków. Co prawda przestrzegali nas przed tym nasi gospodarze (o nich będzie kolejny akapit), ale nie brałem sobie tego jakoś bardzo do serca myśląc, że jeśli co roku bywałem w Tatrach (także w zimę), to na pewno będzie wszystko w porządku. Nie było… Na pierwszej wędrówce zgubiliśmy się i niebezpiecznie samowolnie przekroczyliśmy granicę, oddalając się od właściwego szlaku o dobrą godzinę. Wróciliśmy te samą drogą, ale już ta pierwsza poniewierka dała mi do myślenia, że nie będzie tak, że co drzewo to oznaczenie szlaku Innym razem byliśmy na Kowadle – bardzo urokliwe miejsce z dobrym widokiem na okolice. Było wietrznie i lekko pochmurno, ale nie odbierało to możliwości widokowych. Jedynym minusem było to, że… po pójściu w swoją stronę moich butów, musiałem chodzić w sandałach. Wiatr, niezbyt ciepło, kamienie i… moje sandały. Nie polecam! Byliśmy także w zagłębiu wspinaczki skalnej. Tam również nasz szczyt był punktem widokowym. Niestety pogoda nas nie rozpieszczała (lekki wiatr i pochmurno) a i sandały nie dodawały siły, ale i tak wrażenia niezapomniane. Polecam każdemu wyprawę w rejon niezmącony turystami i hałasem. Taki czas, w którym telefon komórkowy pokazuje, że nie jest czymś koniecznym a telewizja okazuje się czymś, bez czego można żyć

GOSPODARZE i WIECZORY
Nasze wieczory i czas po wyprawach, miały jeden stały element – oglądaliśmy na laptopie (a jednak powiew XX wieku!) odcinki serialu Odwróceni. Oprócz tego wspólne przygotowanie obiadów, czas spędzony na czytaniu i graniu w Rome. Bardzo mile wspominam wizyty u naszych gospodarzy – niesamowita rodzina. W pewnym sensie czas jakby się zatrzymał – rzadko widzę rodzinę wspólnie spożywającą kolację i rozmawiającą ze sobą o tym jak minął dzień. Patrzę na siebie i moją rodzinę. Zwykle jemy oddzielnie – Ola z dziećmi po ich powrocie z patio czy ze spaceru a ja po powrocie z pracy albo… nie jem kolacji, bo nie chcę jeść po 18-ej. Albo biegam i jestem dostępny około 20:30 Jeden z wieczorów przeszedł najśmielsze oczekiwania – oto przed nami tańce regionalne tańczyły dwie dziewczyny! Okazało się, że Agnieszka (córka naszych gospodarzy) interesuje się tańcami ludowymi i wraz z koleżanką, przygotowuje się do występu. Niesamowite! Dzień wcześniej siedzieliśmy w garniturach w biurze a następnego wieczora ludowe tańce i wspólne wino przy kolacji…