Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ryby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ryby. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 maja 2010

wędkarze


To był niesamowity wyjazd. Piękna pogoda choć ryby kiepsko brały. Za to spędziliśmy czas na długich rozmowach. Niestety na drugi dzień miałem pracę i trzeba było się zbierać. Zanim rozłożyliśmy wędki, rozbiliśmy namiot i zainstalowaliśmy się na dobre - zdążyliśmy się zmęczyć. Nasza miejscówka (łowisko) okazało się niedostępne. Poziom wody w rzece jeszcze wysoki. Nie mając samochodu terenowego grzęźliśmy w błocie. Kilkaset metrów przed celem zmuszeni byliśmy zawrócić. Zasięgnąwszy języka u miejscowych, którzy pomykali na krosowych motocyklach dowiedzieliśmy się, że dalej to tylko, tak jak oni - albo traktorem. Zanim znaleźliśmy dogodne miejsce (Bogdan jak zwykle wybredny :-)) nie miałem już siły rozładowywać sprzętu z auta. Okazało się, że zdążyliśmy w samą porę - już zaczęło zmierzchać. Ponieważ ryby słabo brały, rozpoczęliśmy płomienne rozmowy o życiu, o tym co nas trapi, co jest ważne i cenne. Panowie dzielili się swoimi doświadczeniami z wychowywania swoich dzieci, pokonywania kryzysów małżeńskich ...
Oczywiście nie obyło sie bez ostrych starć, różnicy zdań i opinii, na wiele wiele tematów. Wreswzcie temat najistotniejszy - wiara. W tej kwestii myślę, że byliśmy zgodni :-) Znów doświadczyliśmy, że brakuje nam wiary.
Były to dla mnie po3bne chwile spędzone ze starszymi mężczyznami przy ognisku.
Następnego dnia około 8-mej wybrałem się na samotną wyprawę w drogę powrotną. Kierowca struł się mięsiwem - a może słaba wódka była i po prostu miał potwornego kaca? i nie mógł mnie podwieźć do najbliższego przystanku PKS. Racjonalnie mierząc, to nie miałem szans na dotarcie do Warszawy i zdążenie do pracy. Całą niemalże godzinę szedłem brzegiem rzeki przedzierając się przez chaszcze, krzaki i inne atrakcje. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że nie dojdę brzegiem do najbliższego mostu, który wydawał się bardzo blisko. Zawróciłem. Ominąłem moczary i przez szczere pola biegłem ( trochę na czuja, a trochę na nos he..he...). W końcu dotarłem do jakiejś przyjemnej wioski, ale nie potrafiłem zorientować się gdzie jestem. Wiedziałem tylko gdzie mam dojść i nic więcej. Miejscowi pokręcili głowami i powiedzieli, że tam, gdzie chcę się dostać to bardzo daleko. Jak nie złapie kogoś, kto mnie podrzuci to będę szedł pół dnia! Kilka kilometrów jeszcze przebiegłem i zatrzymałem się, bo było na co popatrzeć. Krajobraz jak z bajki. Łąki, kwiaty, wielkie drzewa dające przyjemny chłód, gdyż słońce paliło. W końcu doszedłem do jakiejś drogi asfaltowej. Samochody jechały, owszem ale w przeciwnym kierunku. W pewnym momencie jadący z naprzeciwka samochód dostawczy zatrzymał się. Kierowca otwiera okno i pyta się którędy do... Nawet nie pamiętam nazwy, ale prędko uciąłem i wyjaśniłem, że sam nie wiem gdzie jestem. Facet wyciąga mapę i głowi się. Krąży po tej okolicy już dosyć długo i nie wie gdzie jest. Nieźle pomyślałem. Trzeba będzie dzwonić do pracy, że nie zdążę na czas. Postanowiłem jednak zwrócić się do Najwyższego w prostych słowach - jak chcesz to na pewno zdążę. Tylko mi pomóż, bo sam nie dam rady. Za 10 minut omal nie przejechał mnie kolejny samochód dostawczy. Tym razem z luzacko nastawionym do życia typem. Wsiadaj brachu - ryknął. Nie zastanawiając się wsiadłem i wyjaśniłem, że śpieszę się do pracy. Nie pamiętam czy kierowca pocisnął pedał gazu do dechy, ale w niecałą godzinę, ba ... może nawet 40 minut byłem na miejscu. To znaczy na przystanku PKS w małej miejscowości. W między czasie zdążyłem dowiedzieć się, że uprzejmy kierowca jakiś czas temu kupił działeczkę nad rzeką, ale nie znalazł jeszcze czasu, żeby powędkować. A kupił ją z myślą właśnie o tym. Ciekawe jak się ludziom różnie wiedzie. Najważniejsze, że Najwyższy zadziałał i na prawdę zdążyłem. Zdążyłem jeszcze w przydrożnym sklepie kupić jogurt i drożdżówkę.
Tak to był dobry wyjazd - choć wracałem tylko z kilkoma rybami -:)

sobota, 10 października 2009

Bugo-Narew


Józef

Piątek 25-go września wyruszyliśmy przed 6-tą nad rzekę. Cel wiadomy -wędkowanie!Wszystko akurat tak się zgrało, że Bogdan, Tadeusz i ja mieliśmy wolny piątek. Czemuż więc nie rozpocząć go wcześnie rano. A taka pora jest odpowiednia na jednodniowy wypad za miasto aby powędkować. Urokliwe miejsce. Czysta rzeka. Gęsta mgła i przebijające się przez nią poranne promienie słońca. Dziś Bóg dał nam dzień połowu. Nie było wiele chwil na pogawędki inne niż - uważaj bierze, daj podbierak, trzymaj, ciągnij, niezła sztuka, o k... zerwała się. Popatrzcie na foty a zobaczycie - ryb dużo. Wymiarowo - akurat na patelnie:-)
Lubię takie nieoczekiwane zrywy. Sprawiają, że choć na chwilę mogę odetchnąć innym powietrzem niż te, które tłoczy się ciężko miedzy stalowo-betonowo-szklanymi konstrukcjami, przemieszanymi z fotochemicznym smogiem - stolicy.....

sobota, 5 września 2009

Dziennik wędkarza 31.08-02.09.2009

Józef
Wczesnym rankiem (jak na Warszawę) o godz. 7 wyruszyłem z Józefowa do Warszawy (miałem dyżur nocny w Ośrodku Wychowawczym). Na Pradze czekał już na mnie Bogdan, z załadowanym po brzegi samochodem. Kierunek Legionowo. Pojechaliśmy na początek po brata Bogdana - doświadczonego wędkarza. Tam uzupełniliśmy prowiant i zapakowaliśmy sprzęt Tadeusza. Docelowo jechaliśmy w zakole Narwii, niedaleko miejscowości Różan. Kilka słów na przywitanie i rozmowa o zanętach kupionych po drodze. Pogoda dopisała, było słonecznie, wiał delikatny wiaterek. Trzy tygodnie wcześniej w tym samym miejscu Bogdan z bratem łowili, ale ryby brały słabo. Rozbiliśmy się nad łowiskiem. Po rozłożeniu namiotu, uzbroiliśmy wędki na grunt, zarzuciliśmy je, a w między czasie poszliśmy szukać gałęzi na ognisko. W pobliżu rzeki była niewielka otulina leśna.
Od właściciela pobliskiej działki pożyczyliśmy łódkę. Razem z Bogdanem wypłynęliśmy na rzekę. Zacumowaliśmy przy niewielkiej wydmie. Musieliśmy tylko oczyścić ją z różnych roślin, aby nie przeszkadzały nam podczas zwijania żyłki. Woda była w tym miejscu do pasa, a że rośliny wyrywaliśmy z korzeniami, zmęczyliśmy się przy tym nieźle. W pewnym momencie natknęliśmy się na grubą żyłkę wijącą się przy dnie. Przez moment myśleliśmy, że może to sznur od sieci kłusowników, ale nie mogliśmy jej wyciągnąć. W końcu przy pomocy wiosła udało nam się ją przerwać. Mogliśmy zacząć łowić. Już po pierwszym braniu Bogdanowi zerwał się sporej wielkości okoń. Później przez długi czas nie udało nam się złowić niczego, poza małymi uklejkami. Tadeusz też nie był zadowolony z rezultatów. Upłynęło kilka godzin "ciszy na wodzie i pod wodą" Ruszyliśmy więc łodzią w górę rzeki. Był silny nurt, łódką ciężko było sterować. Bogdan świetnie manewruje - trochę się na tym zna (można by pomyśleć, patrząc na jego "dziary" na rękach, prawie jak u rasowego marynarza). Moim zadaniem było tak prowadzić łódkę, żeby spiningista miał przestrzeń do częstego zarzucania i zwijania żyłki. Szło mi dobrze, choć muszę przyznać, że wiosła kajakarskie lepiej leżą mi w rękach. Bogdan przy okazji tłumaczył jak zarzucać, zwijać, podrywać, a przede wszystkim jak dobrać właściwą przynętę. Choć nie złowiliśmy niczego, był to dobry czas lekcji wędkowania. Po dotarciu do brzegu okazało się, że nie tylko nam nie poszło. Tadeusz złapał tylko kilka płoci. I tak do wieczora.

Wieczorem rozpaliliśmy ognisko, dyskutując o różnych sprawach, sącząc leniwie piwo. Przezbroiliśmy wędki na tzw. żywca - czyli na haczyk założyliśmy małe, żywe rybki. Zostawiliśmy wędki na noc, licząc, że może skuszą jakiegoś drapieżnika (sandacza, okonia lub szczupaka). Uzbroiliśmy też wędkę na suma, zakładając na hak dużego robaka tzw. rosówkę.
W trakcie rozmowy przy ognisku dzieliliśmy się naszymi problemami, trudnościami w pracy, w domu, w relacjach z żoną, znajomymi. Rozmawialiśmy też o naszej kondycji duchowej, o miejscu Boga w naszym codziennym życiu, które coraz częściej jawi się nam w tęczowych kolorach:) Z Bogdanem jesteśmy w jednej wspólnocie, więc rozmawialiśmy też o naszych doświadczeniach w relacji z innymi braćmi. Super, że możemy razem rozmawiać. Tadeusz przysłuchiwał się naszym rozważaniom. Dopiero kiedy zapytaliśmy go dlaczego nie ma na tym wyjeździe jego synów - odpowiedział lakonicznie - mają swoje sprawy, choć jeden niedawno wyrobił sobie kartę wędkarską. Od razu przypomniało mi się moje dzieciństwo. Nie mogłem chodzić z ojcem na ryby, bo rodzice żyli w separacji, ojca praktycznie nie widywałem. Dobrze, że mogłem chodzić na ryby z bratem mamy, wujkiem Gerardem. Lubiłem te nasze wypady na karasie i karpie. To były niezapomniane chwile. Pamiętam do dziś jak wracaliśmy z pełnym wiadrem ryb, dumni z siebie, a ciocia wzdychała - Oj tyle ryb...chyba całą noc będę musiała je smażyć.
Niestety wujek i mój ojciec już nie żyją. Więc choć bardzo bym chciał ,nie jestem już w stanie nadrobić z nimi tego straconego wspólnego czasu.
Więc kiedy słucham Tadeusza złoszczę się w duchu na jego synów, którzy nie wykorzystują szansy na bycie ze swoim ojcem, może dlatego, że ja tej szansy nie miałem. Na szczęście Bóg jest wierny i daje mi innych mężczyzn, z którymi mogę łowić, ucząc się życia, słuchając ich historii - o tym jak oni sami zmagają sie z rolami które pełnią w życiu jako ojcowie, mężowie, pracownicy, bracia we wspólnocie. To ciekawe. Przeżyłem już sporo wypraw z moimi kolegami, śpiąc pod gołym niebem, przemierzając w deszczu niezliczone kilometry, chodząc w sandałach po śniegu, topiąc kajak na środku jeziora, gubiąc kolegę w jaskini. Było świetnie - tak po męsku - dużo przygód, ryzyka, odwagi pełnej nierozwagi.
Dziś jednak, mam wrażenie, że nadszedł dla mnie czas dojrzewania w męskości. I co ciekawe może nie potrzebuję do tego tej dawki adrenaliny?, ale np. czasu spędzonego ze starszymi mężczyznami - wśród których czuję się dobrze. Z jednej strony czuję się nieswojo. Zwracają mi uwagę, udzielają rad, poprawiają, tłumaczą, ale też wspierają i doceniają. Przyzwyczaiłem się do tego, że to ja robię takie rzeczy, więc może stąd momentami czuję się dziwnie. Lecz z drugiej strony - czuję się z tym dobrze i tego właśnie potrzebuję. Jak pisze J.Eldredge - potrzebuję wprowadzenia w świat męski przez starszych mężczyzn! - inaczej nie dowiem się jak można żyć w małżeństwie, jak to jest być ojcem, jak łowić ryby, naprawiać rower. Nie dowiem się tego od kobiet, czy facetów, którzy wyręczają się innymi w załatwianiu swych spraw, podejmowaniu decyzji, nie dowiem się tego od facetów którzy znają życie z internetu i gier video. Nie dowiem się tego od mężczyzn dla których ojciec nie był nigdy autorytetem w żadnej kwestii, lub tak jak w moim przypadku, nie był obecny w ich życiu. (zob. J. Eldredge Dzikie serce)

Wracając do wyprawy. Po długich rozmowach, zmęczony wsunąłem się w śpiwór, Bogdan zrobił to samo. Tylko Tadeusz postanowił czuwac nad wędkami przez całą noc, podsypiając tylko w samochodzie. zasnąłem. Nad ranem usłyszałem głos Tadeusza, który wołał coś w tym stylu: Panowie, niech no jeden tu przyjdzie i mi pomoże. Przetrałem oczy. Zobaczyłem, że Bogdan smacznie śpi. Wyszedłem więc prędko z namiotu, otaczała nas zewsząd mgła, było około 6 rano. Podbiegłem do Tadeusza, któy walczył z dużą rybą. Udało mu się podprowadzić ją pod brzeg, ja trzymałem podbierak. Kilka manewrów i trzymałem w siatce prawie 2 kilogramowego leszcza. Rewelacja! Póżniej znów nic nie brało. Za to przywitał nas piękny poranek. Mgła rozrzedzał się nad taflą wody. W południe znów wypłynęliśmy z Bogdanem i tym razem też bez efektów. Wypatrzyliśmy za to kapitalne łowisko z myślą o kolejnym wędkowaniu. Po południu wracałem do Warszawy, gdyż kolejnego dnia rano musiałem być w pracy. Bogdan z Tadeuszem zostali jeszcze jeden dzień. Przed moim wyjazdem Tadeusz złowił jeszcze prawie trzydziesto centrymetrowego okonia, który poprawił nam humor. Ja sam poczułem dużą rybę, ale niestety po jakimś czasie puściła. Okazało się, że ryby zaczęły brać tego wieczoru, kiedy ja byłem już w domu. Cóż taki już los wędkarza:)

czwartek, 9 lipca 2009

Dziennik wędkarza_lipiec_2009


Józef

To była piękna wyprawa. Przede wszystkim dlatego, że dużo się na niej działo i dużo się też w trakcie jej trwania nauczyłem. Wszystko to czego tam doświadczyłem zostało w mej głowie i mam nadzieję że choć trochę w sercu. Czterech facetów - trzech młodzieńców poszukujących przygód i wrażeń oraz jeden doświadczony jegomość.

Dwa auta zapakowane po brzegi sprzętem wędkarskim, namiot, kilka rzeczy osobistych, trochę prowiantu, wody do picia i duża ilość preparatu na komary. Cel trasy rzeka Narew. Przewidziany czas wyprawy - dwa dni. Wyruszyliśmy wcześnie. Wszystko zapowiadało się zwyczajnie, najpier

w przeprawa przez betonową dżunglę - jak codziennie zresztą:-) Nie wszyscy się znamy, więc krótkie przywitanie i w drogę. Kilka wdechów świeżego powietrza poza granicami miasta i jedziemy dalej. Krótki postój w pobliskiej miejscowości i prujemy nad rzekę. No i trach! Dojechaliśmy do niewłaściwego miejsca a na dodatek nasze auta ugrzęzły w błocie tuż przed samą rzeką. Troszkę nerwów, holowanie i po sprawie, tylko że wyciągnęliśmy jednego a drugi ugrzązł tak, że trzeba podskoczyć do pobliskiej wsi po traktor. Niestety nie udało się zdobyć pomocy mechanicznej. Pożyczono nam tylko podłamaną łopatę i dwa kawałki drewna pod koła. Ulepieni w błocie i spoceni niemiłosiernie ledwie unikamy sprzeczki z jakimś tubylcem i skręcamy we właściwą tym razem stronę. Ekipa w jednym aucie chcąc ominąć jakiś kamień na leśnej drodze nieomal zawisła karoserią na niewidocznym korzeniu wystającym na skraju drogi. Okazuje się, że układ kierowniczy nie funkcjonuje jak powinien po tym zderzeniu z korzeniem drzewa. Już wiemy, że d

roga powrotna będzie długa i mogą być problemy. Tymczasem bierzemy się w garść i dobijamy do celu. Miejscówka jednak nie nadaje się na założenie łowiska, rzeka wezbrała w tym miejscu, tak, że nie da się łowić. Cóż szukamy innego miejsca. Znaleźliśmy względne miejsce i rozbijamy obóz. Bogdan jako kierownik wyprawy dba o to, żebyśmy sprawnie przygotowali miejsce pod obóz. Po zniwelowaniu kilku górek rozbijamy namiot , znosimy sprzęt i urządzamy się tak, żeby wszystko grało. Bogdan zapalony i doświadczony wędkarz wydaje tylko dyspozycje a reszta działa pod jego czujnym okiem. Już w tym momencie czuję się jakoś dziwnie. Trochę wędkowałem wcześniej. Znam sie na tym, poradzę sobie tak jak ze wszystkim. Przecież wychowując się bez ojca zawsze sam musiałem sie wszystkiego uczyć i sam sobie radzić ze wszystkim. Nawet, kiedy ktoś mi chciał pomóc, podpowiedzieć, to ja brałem to za atak na mnie. Myślałem, że nie mogę pokazać, że czegoś nie umiem. Nie jestem ciotą i dam sobie radę. Potrzebowałem sporo doświadczenia i lat żeby zmieniło mi się myślenie w tej kwestii. Nigdy nie będę potrafił wszystkiego i nie oto chodzi w męskiej wędrówce jak słusznie zauważył John Eldredge, którego książki w porę zacząłem czytać.ale wróćmy do wyprawy. Jednak nikt w zasadzie mnie nie uczył łowić ryb. Co prawda wyruszałem na stawy i bagienka ze szwagrem, wujkiem jednak oni nie tłumaczyli wszystkiego. Sam musiałem przyglądać się im jak łowią i kopiować ich a później, kiedy byłem starszy łowiłem nie wiedząc, że popełniam głupie błędy i nie było nikogo kto by mnie nauczył je korygować. Teraz jest ta okazja. Bogdan chętnie udziela rad i poucza cierpliwie. Każde pytanie jest ważne, nikt tu się z nikogo nie naśmiewa. Najstarszy dzieli się doświadczeniem z resztą. Nie wszyscy jednak

chcą słuchać. Adam robi po swojemu. Różnie mu to wychodzi ale w końcu daje się złamać i przyjmuje kilka cennych wskazówek od Bogdana. Nigdy nie łowiłem na rzece i nigdy nie zbroiłem wędki na grunt. Jakże mi brakowało tego ojcowania, które teraz dostrzegam we wskazówkach Bogdana. Bogdan sporo przeżył. Niedawno miał szereg ciężkich operacji. Ostatnia była na otwartym sercu! Dobrze posłuchać użytecznych rad nie tylko o wędkowaniu od takiego gościa. Późnym wieczorkiem będzie czas na męskie rozmowy przy ognisku. Tymczasem wyciągamy jakieś rybki. Jakiś leszcz, okoń, nawet mały sum niefortunnie zahaczył się na moja wędkę. Cieszę się jak dziecko, że coś złowiłem a Bogdan mówi: "chłopaki jak będzie odpowiedni poziom wody w rzece to przyjedziemy jeszcze a wtedy to wam pokażę jakie sie ryby łowi, wy też będziecie takie ciągnąć sztuki, że...." W końcu ryby całkiem przestają brać a my za to rozmawiamy o filozofii - Jacek z wykształcenia jest filozofem, mi też zdarzyło się ugryźć trochę filozofii studiując ja przez cztery semestry akademickie! Było o czym rozmawiać - Bogdan też miał sporo do powiedzenia! Później rozmowa popłynęła na wody religii by zacumować nad rzeczywistością w jakiej jesteśmy. Szczególnie cenne dla mnie były rozmowy dotykające problemów małżeńskich Jako roczny mąż mam ich nie mało a doświadczeniem też nie grzeszę w tych sprawach więc na rozmowach upłynęło nam ładnych parę godzin. Wsuwamy się w śpiworki jak larwy o godzinie pierwszej w nocy by za 3 godziny obudzić się i zapolować na jakąś drapieżną rybkę....... Dalej nie będę pisał bo wyjdzie pamiętnik hehe. Dodam tylko, że najbardziej utkwiły mi w pamięci nasze szczere rozmowy i dzielenie się swoimi doświadczeniami a przy okazji skorygowałem kilka błędów w moim wędkowaniu. Z pewnością to nie ostatnia wyprawa w tym składzie. Już planujemy następną. To były tylko przedbiegi jak mówią zawodowcy:

-) Na koniec powiem, że mimo tak krótkiego czasu jaki spędziłem poza betonową dżunglą mam wrażenie jakby mnie nie było w mieście przynajmniej z tydzień słowo daję takie mam odczucia.

Jacek

Początki były trudne. Jadąc przez las, próbowałem ominąć kamień i nadziałem się na korzeń. Skutkiem tego, coś uszkodziłem w saabinie. A potem zakopaliśmy oba samochody, próbując podjechać jak najbliżej rzeki. Ale to był akurat jeden z fajniejszych momentów, przynajmniej z mojej perspektywy. W końcu planowaliśmy męski wyjazd, więc Bóg zatroszczył się o przygody i wyzwania. Utknęliśmy.

Po kostki w błocie, zdani na siebie i ewentualną pomoc. Na szczęście dzień wcześniej w tym samym miejscu zakopali się faceci, którzy tak jak my przyjechali na ryby. Dzięki ich pomocy udało nam się wyciągnąć samochód Adasia. Później przy pomocy pożyczonego, rozsypującego się szpadla i kilku kawałków desek wzięliśmy się za wyciąganie z błota mojej saabinki. Ja siedziałem za kierownicą, Adaś ciągnął mnie swoim samochodem za hak, a chłopaki pchali z przodu. Nie powiem, trochę błota latało w powietrzu. Ale to właśnie jest smak przygody. W końcu udało się.

Kiedy już znaleźliśmy dla siebie miejsce, zajęliśmy się rozkładaniem biwaku. A później oczywiście wzięliśmy się do wędkowania. Mnie, przyznaję, brakuje cierpliwości, a ze ryby specjalnie nie brały porzuciłem dość szybko sterczenie nad kijem. Później wróciłem jeszcze, ale już do spiningowania, które jest dużo bardziej aktywną formą wędkowania. Polega na rzucaniu i ściąganiu przynęty i tak raz za razem. Jak dla mnie dużo ciekawsze, niż łowienie na tzw. grunt. W tzw. międzyczasie sporo rozmawiałem z Bogdanem. I to była dla mnie ważną część naszego wyjazdu. Rozmawialiśmy najogólniej o życiu. Dwie rzeczy jakoś bardzo poruszyły mnie w naszych rozmowach. Jakiś czas temu staliśmy razem z Bogdanem po liturgii, rozmawiając. W trakcie tej rozmowy zaproponowałem mu, ze jak chce mogę odwiedzić go w pracy. Do spotkania nie doszło. Bogdan jednak w trakcie tego wyjazdu wrócił do tego i zaczął przepraszać mnie. Myślał, ze proponując, ze odwiedzę go w pracy, na męski sposób dawałem mu sygnał, ze chcę pogadać, a on nie znalazł na to czasu. Śmiesznie, bo ja proponowałem takie spotkanie myśląc, ze to on potrzebuje pogadać. Ta sytuacja uświadomiła mi jedną, ważna dla mnie rzecz. Moje słowa nie giną. Czasem mam poczucie, szczególnie w ostatnich historiach z Anią, ze to co mówię, robię nie ma znaczenia, przechodzi zupełnie bez echa. Ta sytuacja pokazała mi, ze jest inaczej, ze moje słowa mają znaczenie, ze to co mówię, robię zostaje w innych. Druga rzecz, która mnie poruszyła w trakcie naszych rozmów, to, ze tak naprawdę wiele rzeczy przezywamy tak samo bez względu na to, czy mamy 15 cz 60 lat i to jest pocieszające:) Ten wyjazd uświadomił mi, po raz kolejny już, ze dla mnie ważne jest to co robi się razem, to, ze mogę się czegoś nowego nauczyć przebywając w gronie fajnych facetów. To co dla mnie jest najważniejsze, także w trakcie takich wyjazdów, to bliskie spotkanie, to dobra rozmowa, dzielenie się tym co w nas. Widzę, ze był taki czas kiedy tej bliskości, rozmów szukałem głównie u kobiet. Przez wiele lat mojego życia, jakoś lepiej rozmawiało mi się z kobietami. Z facetami było dużo gorzej. Od jakiegoś czasu, moje życie układa się jednak tak, ze bliskość zaczynam budować w relacji z mężczyznami. To z nimi głównie rozmawiam. Nie żebym uciekał od kobiet. Z jednej strony ostatnio moje życie układa się tak, że spotykam się głównie z mężczyznami. Z drugiej zaś strony któregoś dnia dotarło do mnie, że potrzebuję czegoś więcej niż ...szukanie zrozumienia u kobiet, wypłakiwanie się w ich obecności, nie wiem jak to nazwać. Wiem tyle, że kiedy rozmawiam o swoich trudnościach z mężczyznami, widzę, ze mierzymy się z podobnymi problemami. Oczywiście nadal ważne są dla mnie spotkania i rozmowy z kobietami, gdyż pomagają mi one lepiej rozumieć ten jakże inny i czasem tajemniczy świat. Jednak dobrze jest wiedzieć, że mój męski sposób widzenia świata, siebie, relacji - nie jest "szaleństwem" - ale właśnie naszym męskim spojrzeniem, w którym nie jestem osamotniony - a tę świadomość dają mi właśnie spotkania z mężczyznami.

Strzały:

był taki moment kiedy chłopaki łowili, a ja stałem z boku. wtedy w moją głowę zaczęła wbijać się myśl, ze moze ze mną jest coś nie tak, bo nie robię tego co oni; ta myśl na chwilę odebrała mi radość z wyjazdu - widzę jednak, ze te myśli nie są ode mnie;

kilka dni temu miałem podobną sytuację, po squashu pojechałem z Łukaszem na basen i w pewnym momencie złapałem się na tym, ze nie cieszy mnie to, ze jesteśmy razem na tym basenie, ze mogę sobie spokojnie popływać; w moje myśli zaczęła wciskać się myśl, ze Łukasz pływa lepiej ode mnie i ze nigdy nie nauczę się pływać kraulem - widzę, ze te myśli zabierają mi radość z tego co robię, może faktycznie to nasze życie to walka i jest ktoś co cały czas próbuje nam zabrać radość z życia