Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 lutego 2010

Męska wyprawa w Tatry - czyli "głupim" trzeba być

Jacek
Mój kolega z byłego miejsca pracy, nazwijmy go tu pan S. miał takie powiedzenie - Baby głupie są i już. Mnie daleko do męskiego szowinizmu, koledze pewnie też, ale mógłbym się pokusić o pewnego rodzaju modyfikację tego hasła i zaproponować następujące motto życiowe, po naszym z Jankiem wyjeździe- Głupim trzeba być i już.

Tak sobie bowiem uświadomiłem któregoś dnia, że aby wejść w pewne sytuacje to trzeba być po prostu "głupim", znaczy nie zdawać sobie sprawy ze wszystkich konsekwencji naszego działania. Bo jak już człowiek zacznie wyciągać te wszystkie ale, to... paraliż gotowy.
Tak samo było z wyjazdem w góry. Gdybym tak przed wyjazdem usiadł i pomyślał, spróbował sobie wyobrazić jak to będzie, kiedy po kilku godzinach łażenia, bez kondycji (bo od dwu miesięcy) nic nie trenowałem, będę wchodził pod górę, przez jakieś 45 minut, non stop. I gdybym wyobraził sobie ten wysiłek który będzie towarzyszył każdemu krokowi, to łapanie oddechu i świadomość, że jeszcze nie wiadomo jak długo do cholernego końca tej góry, to - zostałbym w Warszawie:) A zatem - Głupim trzeba być i już.

Ponoć ludzie dzielą się na tych co: myślą a później działają i tych co najpierw działają, a później myślą. Jeszcze rok temu zaliczyłbym się do jeszcze innej kategorii. A dokładnie do kategorii ludzi, którzy myślą, później jeszcze myślą i jeszcze myślą, a w końcu tłumaczą sobie, że to działanie to i tak by było bez sensu. Na szczęście Szef czuwa nade mną i uczy mnie nawet wtedy, kiedy nie mam na to najmniejszej ochoty. Dzięki temu ostatnio zacząłem być w końcu trochę "głupi". I Bogu dzięki, bo tylko dzięki temu wreszcie zamiast myśleć tylko, zacząłem też działać. I co więcej, mieć z tego wielką radochę.
Bo gdybym tak np. kiedy w czerwcu ubiegłego roku rozmawialiśmy z Józefem, że fajnie byłoby coś zrobić z facetami i dla facetów, którzy są wokół nas, zaczął przewidywać ile to rzeczy trzeba zrobić aby zorganizować taki np. wyjazd, albo zrobić bloga, o czym nie miałem zielonego pojęcia - to pewnie dałbym sobie spokój i machnął ręką. A tak, po prostu zaczęliśmy działać i kiedy teraz patrzę wstecz, to jestem pod wrażeniem ile udało nam się razem zrobić, w ilu miejscach byłem, ile super ludzi poznałem. A zatem - Głupim trzeba być i już.

Wracając zaś do wyjazdu z Jankiem. Jak zwykle było rewelacyjnie. Przyjaźnimy się z Jankiem juz od wielu lat i lubię spędzać z nim czas. Dzięki niemu też polubiłem znów góry, do których przez lata miałem dużą awersję. Polubiłem to zmęczenie które towarzyszy wysiłkowi wdrapywania się pod górę. Przypomniałem sobie, że przez lata brakowało mi tego fizycznego wysiłku, który znajduję też w górach. Nie ma nic lepszego jak wrócić zmachanym, usiąść w dobrej knajpce, zjeść dobry obiad i odpoczywać - po wysiłku. Myślę, że my mężczyźni, po prostu potrzebujemy tego, aby czasem pot lał się nam za przeproszeniem z tyłka. W Warszawie nieczęsto jest ku temu okazja. Czasem trafi się jakiś remont, czasem wysiłek przy uprawianiu sportu, ale w terenie jest jeszcze coś extra - piękne widoki. I to co lubię - poczucie, że ten facet obok, tak jak ja też walczy ze swoim zmęczeniem, ze swoją słabością.

A poza tym mieliśmy codzienne, wspólne laudesy. To dzięki Jankowi zacząłem modlić się codziennie laudesami - za co w tym miejscu - wielkie dziękuję.

Męska wyprawa w góry, czyli koniec pewnego poczatku - Tatry 6-11.02.2010

Janek
"Koniec pewnego początku". Tak nazwałem nasz wyjazd z Jackiem który zbiegł się min. z ostatnim dniem pracy Jacka w biurze.
Z jednej strony to koniec pewnego etapu wspólnej, 6 letniej pracy, z drugiej początek kontynuacji przyjaźni poza rzeczywistością biurową.

Wracając do wyjazdu, to moim celem było ambitne chodzenie po górach z myślą o bieganiu w sezonie 2010. W tym roku nastawiam się jedynie na 5km i 10km, dlatego zależało mi raczej na dynamicznym chodzeniu, przy którym mógłbym poprawić wytrzymałość i wzmocnić nogi. I ogólnie ten cel zrealizowałem.

Wypraw było kilka: od tych krótszych uwarunkowanych sobotnim przyjazdem, czy niedzielną mszą świętą, aż po kilkugodzinne wypady, w których mieliśmy prawdziwe emocje.

Poruszaliśmy się wokół doliny Kościeliskiej.
dzień 1 Dolina Kościeliska-Droga nad Reglami-Dolina Chochołowska-Biały Potok
dzień 2 Kiry-Droga nad Reglami-Dolina Strążyska-Dolina Kościeliska
dzień 3 Dolina Kościeliska-schronisko pod Ornakiem-Przełęcz Iwaniacka-Dolina Chochołowska-Droga nad Reglami-Dolina Lejowa
dzień 4 Droga pod Reglami-Dolina Białego-Kalatówki-schronisko na Hali Kondrackiej-Kalatówki-Droga nad Reglami-Dolina Kościeliska
Z racji tego, że Jacek czuł się chory to tego dnia wycieczkę przyszło mi zrobić samemu. Niesamowita sprawa. Spaliłem o 7okCal więcej niż w trakcie Maratonu Warszawskiego. Podczas te wędrówki w bardzo szybkim tempie wyszło mi spalonych 4850kCal. Tempo niesamowite
Miałem tylko dwa postoje. Czas Łączny wraz z przerwami na herbatkę to 7h25 Po tej wyprawie wróciłem totalnie zmęczony, ale przede wszystkim zadowolony
dzień 5 busem do Kuźnic-niebieskim szlakiem przez Boczań na Halę Gąsienicową a potem wjazd kanapą na Kasprowy

Tego dnia kiedy byłem sam w górach, na samym końcu, zaledwie kilkaset metrów od domu zaliczyłem klasycznego orła, waląc centralnie tyłkiem o asfalt. Na szczęście chwile wcześniej spotkałem się z Jackiem wracającym ze schroniska pod Ornakiem, który pomógł mi wstać. Do dziś boli mnie kość ogonowa, ale na szczęście już nie tak jak zaraz po upadku.
Zdałem sobie sprawę, że gdybym przewrócił się tak na szlaku, to mogłoby być bardzo ciężko. Pomimo naszego chodzenia po w sumie głównych szlakach, nie widzieliśmy bowiem zbyt wielu turystów. Teraz zupełnie inaczej patrzę na moje zimowe chodzenie po górach w pojedynkę.

Czas Honoru
Po powrocie na nasza kwaterę czas umilał nam Czas Honoru. Niesamowicie się w ten serial wciągnąłem. Pasjonowały mnie szczególnie losy Janka i jego Lenki, a wiele irytacji wzbudzała Wandzia. Oblicza wojny i działań cichociemnych spowodowały, że chętnie sięgnę po książki wspominające tamtych ludzi i ich dokonania.

Tyle ode mnie. Ogólnie czas niezapomniany, dobrze spędzony w super towarzystwie, tylko ta kość ogonowa mogłaby przestać boleć.

czwartek, 28 stycznia 2010

Mężczyźni w podstawówce - Józef




Dosłownie na dwa dni przed planowaną wyprawą zimową, wraz z Pawłem i Grzegorzem organizowaliśmy również zimowe wydarzenie, tyle że w prywatnej szkole podstawowej!

To już kolejne wspólne zmagania z małą grą aktorską, kleceniem na prędko ciekawej intrygi czy tworzenie skocznej i radosnej piosenki. A wszystko po to, żeby zaoferować dzieciom ciekawe i wesołe przeżycie w ramach imprezy karnawałowej. Ale również dla własnej przyjemności i zabawy, której nie brakuje szczególnie na naszych spotkaniach i próbach - najczęściej przy dobry
m piwie i "burzy mózgów" no i oczywiście podczas samego grania hehe.
Tym razem poszliśmy w klimaty górskie i umiejscowiliśmy nasze wydarzenie w Himalajach. Grzegorza pomysł na zamrożenie karabinków wspinaczkowych i wydobywan
ie ich z
lodu przez dzieci, za pomocą młotka - był przedni, jak się okazało w praktyce.
Pawła pomysł na zrobienie drogi z elementami małego wspinu dla dzieci, też całkiem nieźle wypalił.

Cóż, ja dołożyłem trochę Boba Marleya do naszej piosenki i było na prawdę z jajem :-).
Mogę tylko sobie pozazdrościć, że nie miałem takich imprez karnawałowych będąc uczniem podstawówki:-)

środa, 28 października 2009

Gorgany09

Piotr

Wyprawa męska w góry (18-25.09.09)

Piątek - 17:32, kierunek: Wschód ("schid") - tam musi być jakaś cywilizacja!
Mijamy Złote Tarasy i ...
Sobota - 01:20, stoimy na granicy, czekając na skazanie z wypełnionymi "Immigracion Cards".
Nareszcie Ukraina!!! - tzn. 03:16. Potem podróż do Iwano - Frankowska, gdzie na dworcu obległa nas chmara busiarzy chętnych nas przewieźć. Myślałem, że gorzej niż w Zakopanem lub na Kredytowej w Warszawie nie może być, a jednak... Zanim nasz transport odjechał wstąpiliśmy się jeszcze zaopatrzyć w miejscowym Magazynie. Łukasz (A) kupił tamtejsza kiełbasę, która wyglądała jak salami. Mieliśmy się potem przekonać czy warto tu kupować mięso...
...
Od razu urzekło nas piękno gór i nie ma w tym krzty ironii.
Idziemy trochę na czuja, zakładając, ze mapa sprzed iluś tam lat zgadza się z rzeczywistością z dokładnością do najmniejszej ścieżki. Cóż, w tamtych rejonach ze szlakami jest tak jak z ludźmi - próżno ich szukać
...
Niedziela
Po długiej wędrówce przez góry i Maniawę odnaleźliśmy znany w okolicy Monastyr "Maniawski skit" (cokolwiek by to znaczyło) i chyba szczęśliwie zdążyliśmy na początek liturgii, bo trwała ona potem grubo ponad 2h!
Oczywiście nie można nie wspomnieć o spotkanym przez nas wodospadzie Maniawskim (równie słynnym co Monastyr), w którym woda zimna, że aż boli.
...
Poniedziałek
Koło czwartej zeszliśmy, chyba do miejscowości, której nazwę trudno nam było określić. Czy Huta, czy Stara Huta, czy może byliśmy gdzieś indziej niż przewidywaliśmy?
... Postanowiliśmy pójść szlakiem zielonym w stronę przełęczy Borewka... rozbiliśmy obóz w lesie.
Trudno nie wspomnieć o wspaniałych malowidłach Gospodarza Lasu, które mijaliśmy. Wtedy to zaczął On wchodzić w nasze rozmowy, żarciki. Pojawił się nowy element dzikości :-)
Wtorek
Pobudka była wczesna, oj nawet bardzo wczesna. Plan był ambitny: ...
Fantastyczne szlaki, cudowne widoki, nic dodać, nic ująć (choc nasza pogoda była zaprzeczeniem wszystkich opowiadań o Gorganach)...
Środa
... Na polanie Ruszczyna ujrzeliśmy szczątki polskiego schroniska z 1938 roku. To były na prawdę szczątki - jedynie fundamenty, trochę przygnębiające. Później była upragniona...
Czwartek
03:10 Pobudka. Ruszyliśmy przed czwartą na lekko, by ujrzeć wschód słońca na Borewce ( wstępnie miała być Sywula, ale kolejny raz nasza ambicja została zweryfikowana z rzeczywistością) Oczywiście nieprzeniknione ciemności i tylko trzy niewielkie czołówki wędrujące przez leśna gęstwinę...
Tomek nie wytrzymał: rozpalił tyci ognisko, by przez chwilę odstraszyć dręczący mróz i wiatr.
... Długie trawersowanie po stoku zaczęło mnie nużyć, tyle ze niedługo potem otrzymałem odpowiedź, że dolina jest niedostępna.

( ponieważ tekst jest obszerny - wiecej w rubryce do poczytania)

wtorek, 8 września 2009

Pieniny_wyprawa z przyjacielem_sierpień_2009

To był dobry wyjazd. I cieszę się, że mogliśmy pojechać razem z Darkiem. Już nawet nie pamiętam kiedy udało nam się gdzieś razem pojechać. Cieszę się bo w Pieninach byłem ostatnim razem w dzieciństwie i zapomniałem, że tuż obok moich rodziców są tak przepiękne góry. Cieszę się też z tego, że wielką frajdę daje mi chodzenie po górach, że ten trud wspinania nie jest dla mnie czymś bezsensownym, ale czymś na co mam wielką ochotę. I co daje mi wielką frajdę. Cieszę się, że nie odpuszczałem, że pomimo zmęczenia, chciałem iść dalej. Cieszę się też z tych krótkich momentów kiedy mogłem modlić się, mając przed sobą te wszystkie niesamowite widoki.


Na ostatni tydzień sierpnia zaplanowałem ostatnie dni swojego wakacyjnego urlopu. Nie miałem ochoty znów, gdzieś jechać samemu. Okazało się, że mój przyjaciel Darek ma jeszcze trochę wolnego i tak jak ja chciał gdzieś wyjechać. Umówiliśmy się więc na kilkudniowy wyjazd w góry. Darek potrzebował tylko weekendu aby uzgodnić to z żoną. Mieliśmy wyjechać w czwartek i wrócić w niedzielę. Nie był to idealny termin, gdyż w niedzielę miałem mieć konwiwencję, ale zdecydowałem się. Darek zadzwonił w poniedziałek z dobrą informacją - jedziemy! Tylko, że chciał abyśmy wyjechali już w poniedziałek. Byłem zaskoczony, gdyż wyobrażałem to sobie inaczej i w pierwszej chwili miałem duży opór i powiedziałem, że muszę pomyśleć. Dopiero po odłożeniu słuchawki dotarło do mnie, że czasem tak mam, że kiedy coś ułożę sobie w głowie, to trudno jest mi otworzyć się na coś innego. Ale na szczęście, już od dłuższego czasu to widzę i otwieram się na to co dostaję zamiast trzymać się uparcie swoich pomysłów.

Wyjechaliśmy po pracy, przenocowaliśmy u moich rodziców w Busku, rano ruszyliśmy w dalszą drogę Wstaliśmy o siódmej, zjedliśmy szybkie śniadanie, zrobione przez mamę i ruszyliśmy, do celu zostało nam 170 kilometrów.

Największą niespodzianką drogi z Buska do Szczawnicy był przystanek w Łącku. Darek sędziował kiedyś mecz w okolicach, a gospodarze na koniec dali mu butelkę śliwowicy, którą w Łącku produkuje się od wielu lat. Śliwowica jest wytwarzana w warunkach domowych, jest tzw. bimbrem, a jej produkcja jest oficjalnie nielegalna. Ale, że jest to produkt wpisany na listę produktów tradycyjnych i ma olbrzymią renomę, oficjalnie nikt nie ściga produkujących i kupujących. Śliwowica ma 70% alkoholu i jak jest napisane na etykiecie "daje krzepę, krasi lica, nasz łącka...
Zatrzymaliśmy się przy pierwszym sklepie, choć wiadomo było, że w sklepie oficjalnie na pewno jej nie kupimy, ale trzeba było zrobić mały rekonesans. Udało mi się wypatrzyć schowany za pudełkami kawałek kartonu, wyklejony nalepkami z butelek po.... I wtedy wiedziałem, że jesteśmy na tropie. Sprzedawczyni oczywiście powiedziała, że u niej absolutnie nie, ale zaproponowała abyśmy poszli obok do sklepu RTV. Uśmiechnęliśmy się z Darkiem do siebie i poszliśmy do sklepu RTV który był obok. Taki mały, lokalny sklepik, kilka telewizorów, jakieś radyjka, anteny i tym podobne pierdółki. Ale na szczęście z pod lady, można było dostać coś extra. Wzięliśmy więc małą baterię, na spróbowanie i prezenty, na wyjątkowe okazje.

W końcu dotarliśmy na miejsce. Kwaterę znaleźliśmy błyskawicznie i to w dobrym miejscu, gdyż blisko wejścia na szlak. Zostawiliśmy bagaże, była dwunasta. Ruszyliśmy. Ten dzień, ze względu na późno porę miał być raczej rozgrzewką. Początek był jednak od razu ostro pod górę. Wspinaliśmy się na Sokolicę 747m. Podejście dość ostre, szczególnie dla ludzi takich jak my którzy nie często chodzą po górach. I tu wreszcie przydały się te moje ostatnie tygodnie jazdy na rowerze. Szedłem powoli, krok za krokiem, ale cały czas do przodu. I szło mi się dużo lepiej niz rok temu, kiedy chodziliśmy po górach z Jankiem. Po godzinie dotarliśmy na Sokolicę. A tam zobaczyłem przepiękną panoramę Pienin z wijącym się w dole Dunajcem. Dla takich widoków warto wdrapywać się na każdą górę. W takim momencie zapomina się cały ten trud wspinania się. W takich chwilach ja zapominam o wszystkim, co zostało na dole. Darek chciał zostać, na szczęście udało mi się namówić go aby poszedł ze mną jeszcze kawałek na pobliski szczyt Czertezik 772m. I stąd Darek już nie chciał iść dalej. Na szczęście znamy się długo, więc nikt nie musiał niczego udowadniać.
Posiedziałem trochę z Darkiem i postanowiłem ruszyć dalej, w stronę Trzech Koron. Było późno, około trzeciej, nie wiedziałem dokąd dotrę, ale chciałem iść dalej. Umówiliśmy się zatem, że będę szedł dalej przez jakieś półtorej godziny, a później wrócę, aby zdążyć przed ostatnią odprawą na drugi brzeg Dunajca. Może jeszcze rok, dwa lata temu zostałbym tam razem z Darkiem, ale przez ostatni czas trochę pozmieniało się w moim życiu, więc chciałem iść dalej, chciałem ten dzień spędzić w drodze. Nie zdążyliśmy zjeść obiadu. W plecaku, też nie miałem zbyt wiele do jedzenia, a i wody została mi tylko mała butelka, a pieniędzy prawie w ogóle. Po dwu godzinach znalazłem się na polanie tuż przy wejściu na Trzy Korony. Myślałem aby wrócić, gdyż chciałem abyśmy weszli tam razem z Darkiem. Nie udało mi się jednak dodzwonić, więc w końcu postanowiłem, że skoro jestem tak blisko, to wchodzę. To było drugie po wejściu na Sokolicę ostre podejście. I w końcu znalazłem się na szczycie. Widoki jak to mówią bez szaleństw. Na pewno nie tak piękne ja z Sokolnicy i Czertezika. Ale udało się dotrzeć na szczyt i to było najważniejsze. Wracając wygrzebałem ostatnie parę złotych które starczyły na dwa kawałki sera od kobiety która stała przy szlaku.
Tuż koło siódmej znalazłem się na dole, tyle, że byłem sam, a po drugiej stronie nie było widać nikogo kto miałby ochotę zabrać mnie na drugi brzeg. Sprawdziłem na tablicy, na szczęście przeprawy miały być do dwudziestej. Mijały minuty, a po drugiej stronie nikt nie pojawiał się. Na szczęście w pewnym momencie z gór zeszłą jakaś kobieta, odetchnąłem. Przez chwilę przeraziła mnie bowiem myśl, że będę musiał wrócić z powrotem na górę i poszukać innej drogi do Szczawnicy, a na to nie miałem sił. Po jakiejś pół godzinie na szczęście po drugiej stronie ktoś zaczął się ruszać. I już poczułem się prawie jak w domu. Wieczór spędziliśmy szukając miejsca gdzie można zjeść jakiś obiad, ale po długim spacerze okazało się, że wszystkie otwarte knajpy, w zasięgu naszej kieszeni serwują tylko włoskie jedzenie. Dla mnie to paranoja. Jadę w góry, a tam na każdym kroku, knajpy z włoskim jedzeniem, nie rozumiem. Nie wiem jak inni ale ja nie jadę w góry aby jeść włoskie jedzenie. w końcu nie mieliśmy innego wyjścia i moje plany odnośnie pysznego góralskiego jedzenia skończyły się na pizzy z kiełbasą.

Drugiego dnia wstaliśmy wcześnie. Tym razem mieliśmy w planie spędzić cały dzień w górach. Rano wyrwałem się tylko na laudesy, a później ruszyliśmy do Cervenego Klasztoru. Małej miejscowości, po słowackiej stronie, oddalonej o 10 km od Szczawnicy. Szliśmy wzdłuż Dunajca i znów mieliśmy przepiękne widoki. Dla mnie chodzenie po górach ma to do siebie, że zamiast patrzeć wokół siebie, patrzę pod nogi, aby nie przewrócić się i czasem po prostu ze zmęczenia. Tylko czasami w drodze na szczyt zatrzymuje się, aby popatrzeć na to co wokół. Spacer po płaskim, a tak był teren po drodze do Czerwonego Klasztoru, to zupełnie inna jakość. Można było po prostu oglądać te wszystkie przepiękne widoki, wokół nas. Dotarliśmy do campingu w Czerwonym Klasztorze i kiedy Darek poprosił mnie o zrobienie zdjęcia nagle przede mną ukazał się niesamowity widok na Trzy Korony. Rewelacja!
Ze Słowacji postanowiliśmy wracać do Polski przez góry. Po prawej minęliśmy Trzy Korony i zaczęliśmy wspinać się na szlak który doprowadził nas w końcu znów do Czertezika i Sokolicy gdzie posiedzieliśmy trochę podziwiając widoki. Tym razem nie miałem ochotę iść dalej. Mieliśmy w końcu w nogach kilkanaście godzin, więc widok był najlepszą nagrodą za trud całego dnia.

Po powrocie udało nam się wreszcie zjeść coś regionalnego, porozmawiać i pójść jeszcze na długi spacer.


poniedziałek, 29 czerwca 2009

Męska wyprawa - zerówka - wrzesień 2008

Jacek
Zerówka odbyła się we wrześniu 2008 roku. Zaczęło się od tego, że od jakiegoś już czasu rozmawiałem z moim przyjacielem Jankiem aby gdzieś razem pojechać. Ja chciałem odwiedzić pewne gospodarstwo agroturystyczne z hodowlą kóz. Janek chciał przede wszystkim chodzić na długie spacery. Cele mieliśmy zasadniczo różne, ale udało się je pogodzić. Pojechaliśmy więc do miejsca które chodziło mi po głowie, z założeniem, że dnie będziemy spędzać na spacerach po górach, z jednym zastrzeżeniem miały to być spokojne spacery. Pojechaliśmy samochodem. Z Warszawy do Nowego Gierałtowa, gdzie znajduje się Gościnna Zagroda jest jakieś 400km, czyli około 6 godzin jazdy. Dotarliśmy bez problemu. Ja prowadziłem samochód, a Janek rozmowę. Wcześniej korespondowałem mailowo z właścicielką tego gospodarstwa. Wszystko było umówione. Kiedy jednak dotarliśmy na miejsce, właścicielka przywitała nas dość chłodno, nie wiedzieć dlaczego. Rozmawialiśmy przez bramę i nagle zaczęła coś mówić, że nie wie czy ma jeszcze wolne miejsca. Byłem totalnie zaskoczony, bo wcześniej robiłem rezerwację, poza tym przyjechaliśmy poza sezonem. W końcu po długiej rozmowie pani otworzyła nam bramę. Okazało się, ze poza nami nie ma żadnych gości. Później pani przyznała się dlaczego powitała nas tak chłodno. Okazało się, ze moje maile wyglądały następująco. Jedno, dwa zdania, a pod tym wszystkim niekończąca się korporacyjna stopka. Pani Barbara potraktowała więc nas jak snobów z warszawki, na którą i tak już była uczulona. Na szczęście dość szybko przełamaliśmy pierwsze nie najlepsze wrażenia i skończyło się tym, ze regularnie wieczorami lądowaliśmy z dobrym winkiem u naszych gospodarzy. Były więc wieczorne rozmowy i przepyszny kozi ser, którym przegryzaliśmy przyniesione przez nas wino.

Dni zaczynaliśmy od wspólnych laudesów. To w trakcie tej wyprawy Janek zaraził mnie poranną modlitwą. Później robiliśmy szybkie śniadanie i wyruszaliśmy na wcześniej zaplanowaną trasę.
W górach spędzaliśmy zwykle cały dzień. Wracaliśmy późnym popołudniem. Mieliśmy do dyspozycji kuchnię więc obiady robiliśmy sobie na miejscu. Wieczorami obowiązkowo oglądaliśmy kilka odcinków serialu który przywiózł ze sobą Janek, a później albo szliśmy do naszych gospodarzy, albo czytaliśmy książki.

CO ZAPAMIĘTAM Z TEJ WYPRAWY.

Na pewno wspólne, poranne laudesy. Wspólne rozmowy. Wyjazd do Lądka Zdroju, gdzie pływaliśmy w jednym z najpiękniejszych basenów jakie kiedykolwiek widziałem, no i oczywiście - dzień w którym Janek zgubił podeszwy od butów.
A było tak. Drugiego dnia, wyruszyliśmy na trasę. przeszliśmy kilkaset metrów, kiedy Janek zorientował się, że chyba odkleja mu się podeszwa. Przeszliśmy jeszcze parę metrów, kiedy okazało się, że faktycznie jego buty po prostu rozsypały się ze starości. Odeszła najpierw podeszwa od jednego, a chwilę później od drugiego buta. Wróciliśmy do domu. Po rozmowie z gospodarzami okazało się, że najbliższy sklep gdzie, może znajdziemy jakieś buty jest w Lądku.
Musieliśmy więc zmienić plan na dzień. W Lądku coś znaleźliśmy, ale, że Janek nie był zbyt przekonany, zdecydował, że nie będzie kupował nowych butów. Postanowił, że będzie chodził w sandałach. Wybieraliśmy więc w miarę łagodne szlaki, czyli w końcu udało się znaleźć kolejny kompromis.

NAJTRUDNIEJSZY MOMENT

Dla mnie najtrudniejszy był pierwszy dzień. W związku z tym, że ja po warszawie poruszam się głównie samochodem, pierwsza wyprawa miała być w miarę łagodna. Okazało się jednak, że mapa swoje a rzeczywiste trasy swoje. Był taki moment kiedy musieliśmy wchodzić kilkaset metrów pod ostrą górę. Zważywszy na moją kondycję, te kilkaset metrów było naprawdę trudne. Ale wysiłek opłacił się. Dotarliśmy na górę. Tam jednak przegraliśmy z maleńkimi muszkami. A tak marzyłem o tym, żeby położyć się i odpocząć na szczycie. Nie dało rady, wsunęliśmy po kanapce i musieliśmy zwiewać przed tymi maleństwami.
Ta ostra wspinaczka uświadomiła mi też jedną istotną rzecz. To, że w swoim życiu, szczególnie w relacji z Anią w sytuacjach kiedy było trudno, kiedy miałem wątpliwości, obawy, wymiękałem, uciekałem, rezygnowałem. Teraz, kiedy już tyle razy zawiodłem, dotarło do mnie, że jedynym sposobem na zbudowanie czegokolwiek, na osiągnięcie czegoś w życiu - jest trwanie w tym. Inaczej nie sposób niczego zbudować.

Janek
SOFT INTRO
Zwykle należałoby napisać coś lekkiego, aby czytelnik nie odbiegł myślami do innego bloga. Wydaje mi się, że jak napiszę, że to był naprawdę bardzo dobry wyjazd, to będzie to celne i trafne.
Pomimo, że był to męski wyjazd, to nie był to AŻ TAK męski w dzisiejszym ujęciu tego stwierdzenia. Nie był to bowiem wyjazd z cyklu „kobiety, wino i śpiew” (lub „cycki, wino i pianino” jak kto woli), ale elementów winno-chmielnych nie zabrakło. Piwem raczyliśmy się raczej jako uzupełnienie minerałów i witamin – nie jako konieczność udanego wyjazdu.
To był naprawdę dobry czas – wspólne wyprawy w góry dawały niesamowitą możliwość rozmowy (z Panem Jackiem tyle w życiu się nie nagadałem!), która nie była zmącona telefonami na biurko, mejlami czy spotkaniami biznesowymi... a przed wszystkim poranne laudesy dające możliwość rozpoczynania dnia inaczej niż wielu…
Taki swoisty Kairos…
DZIEŃ, W KTÓRYM MOJE BUTY POSZŁY WŁASNĄ DROGĄ
Zdarzył się jeden taki dzień w trakcie którego moje buty zdecydowały iść własną drogą. W trakcie marszu na początek szlaku dosłownie odpadły mi podeszwy butów! W sumie nie zdziwiło mnie to jakoś bardzo, bowiem buty te zakupione zostały w roku ’96 bądź ’97 – swoje lata już miały. Dodatkowo przez ostatnie 4 lata nie były w ogóle używane… Miały powód, aby się obrazić i pójść własną drogą Najgorsze w całym tym wydarzeniu było dojście do szlaku – około 40 minut dobrym tempem a dodatkowo konieczność powrotu do domu. A że nie byliśmy już daleko od startu, to powrót w butach bez podeszw a jedynie na wkładkach, które nieznanym mi cudem trzymały się resztki tego co można nazwać butem, wydał mi się mentalnie męczący. Zamiast gór wybraliśmy inne cel: Lądek Zdrój i sklep z butami. Lądek odnaleźliśmy, otwartego sklepu z butami górskimi już nie (najbliższy czynny w sobotę to Świdnica - daleko). Cóż pozostało? Uzdrowisko!
SOLANKA JAJECZNA I INNE UROKI ZDROJOWE
Buty w swoją stronę – my w swoją. Na pierwszy ogień poszło uzdrowisko. Po dobrej kawce w restauracji zdrojowej (tam prawie każda restauracja jest zdrojowa), udaliśmy się na basen jajeczno-maksymalnie wonny. Na szczęście w pobliżu kompleksu uzdrowiskowego był otwarty sklep z kąpielówkami i ręcznikami, więc mogliśmy poczuć się kuracjuszami a dodatkowo mieliśmy pewność, że nas wpuszczą Wraz z Panem Jackiem byliśmy jedynymi, którzy pływają w oczku wodnym mającym może 8 metrów średnicy. Kuracjusze dostojnie moczyli się w cieczy o trudnej do opisania woni (podwórkowi poeci nazwaliby to „zgniłym jajem”). No cóź… my sportowcy i bohaterowie mamy inne priorytety

PONIEWIERKA I SZLAKI
Jeśli chodzi o nasze górskie wyprawy i poniewierki, to pierwsze co zauważyłem, to brak dobrego oznaczenia szlaków. Co prawda przestrzegali nas przed tym nasi gospodarze (o nich będzie kolejny akapit), ale nie brałem sobie tego jakoś bardzo do serca myśląc, że jeśli co roku bywałem w Tatrach (także w zimę), to na pewno będzie wszystko w porządku. Nie było… Na pierwszej wędrówce zgubiliśmy się i niebezpiecznie samowolnie przekroczyliśmy granicę, oddalając się od właściwego szlaku o dobrą godzinę. Wróciliśmy te samą drogą, ale już ta pierwsza poniewierka dała mi do myślenia, że nie będzie tak, że co drzewo to oznaczenie szlaku Innym razem byliśmy na Kowadle – bardzo urokliwe miejsce z dobrym widokiem na okolice. Było wietrznie i lekko pochmurno, ale nie odbierało to możliwości widokowych. Jedynym minusem było to, że… po pójściu w swoją stronę moich butów, musiałem chodzić w sandałach. Wiatr, niezbyt ciepło, kamienie i… moje sandały. Nie polecam! Byliśmy także w zagłębiu wspinaczki skalnej. Tam również nasz szczyt był punktem widokowym. Niestety pogoda nas nie rozpieszczała (lekki wiatr i pochmurno) a i sandały nie dodawały siły, ale i tak wrażenia niezapomniane. Polecam każdemu wyprawę w rejon niezmącony turystami i hałasem. Taki czas, w którym telefon komórkowy pokazuje, że nie jest czymś koniecznym a telewizja okazuje się czymś, bez czego można żyć

GOSPODARZE i WIECZORY
Nasze wieczory i czas po wyprawach, miały jeden stały element – oglądaliśmy na laptopie (a jednak powiew XX wieku!) odcinki serialu Odwróceni. Oprócz tego wspólne przygotowanie obiadów, czas spędzony na czytaniu i graniu w Rome. Bardzo mile wspominam wizyty u naszych gospodarzy – niesamowita rodzina. W pewnym sensie czas jakby się zatrzymał – rzadko widzę rodzinę wspólnie spożywającą kolację i rozmawiającą ze sobą o tym jak minął dzień. Patrzę na siebie i moją rodzinę. Zwykle jemy oddzielnie – Ola z dziećmi po ich powrocie z patio czy ze spaceru a ja po powrocie z pracy albo… nie jem kolacji, bo nie chcę jeść po 18-ej. Albo biegam i jestem dostępny około 20:30 Jeden z wieczorów przeszedł najśmielsze oczekiwania – oto przed nami tańce regionalne tańczyły dwie dziewczyny! Okazało się, że Agnieszka (córka naszych gospodarzy) interesuje się tańcami ludowymi i wraz z koleżanką, przygotowuje się do występu. Niesamowite! Dzień wcześniej siedzieliśmy w garniturach w biurze a następnego wieczora ludowe tańce i wspólne wino przy kolacji…