Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 lutego 2012

MOJE BITWY

Ostatnio chodzę na spotkania wspólnoty, do Kościoła, dopracy, do ludzi, lecz bardzo często mam ochotę zamknąć się w domu i niewychodzić. Czuję się jakby ktoś przetrącił mi kręgosłup. Idę, działam zprzyzwyczajenia, rzadko uśmiecham się. Trudno mi cieszyć się tym co mam, ajeszcze trudniej uwierzyć mi, że coś może zmienić się. Co więcej często mamtakie poczucie, że to wszystko powinienem zostawić dla siebie, że nie mogę innychzarzucać jeszcze swoimi trudnościami.

W ostatnią niedzielę kiedy byłem na eucharystii po razpierwszy od wielu tygodni coś do mnie dotarło. To był refren psalmu:"Panie, Ty leczysz złamanych na duchu". Do dziś te słowa wibrują mi wgłowie, ciągle wracając. Tak, czuję się od dawna złamany na duchu. I wreszcieznalazłem słowa, aby nazwać coś co noszę w sobie od tylu miesięcy.

Praca.
Dwa lata temu podjąłem próbę wyrwania się ze sprzedaży, wktórej tkwię stanowczo za długo. Początek był dobry, dostałem odprawę, miałempomysły zacząłem działać. Zająłem się czymś zupełnie nowym doradztwemzawodowym, czułem się w tym świetnie. Wreszcie miałem energię, cieszyłem siętym co robię, cieszyłem się na każde spotkanie. Musiałem zacisnąćpasa,zrezygnować z wielu wygód, ale nie miało to znaczenia. ŻYŁEM. WRESZCIE. Pojakimś czasie okazało się jednak, że drastycznie przycięto mi i tak niską kasę.Musiałem na szybko znaleźć dodatkowe zajęcie. Szukałem, walczyłem, byle niewylądować z powrotem w sprzedaży. Nie udało się. Nie chciałem wpaść w długi,więc w końcu wziąłem to co było. Powrót do sprzedaży. Dla mnie to była totalnaporażka. Wracałem do czegoś, od czego miałem nadzieję uciec. Czułem sięzostawiony przez Boga i bliskich. Czułem, że sam muszę sobie poradzić, znowu sam.Kolejna już bitwa o to by miećpoczucie, że to co robię na co dzień, w pracy ma sens - przegrana. Kolejna bitwagdy czułem, że w końcu na polu bitwy zostaję sam.

Wróciłem dorobienia rzeczy w których nie widzę większego sensu. Po prostu zarabianiepieniędzy. Spędzam na tym pięć dni w tygodniu, zamknięty w biurze. Walczę zesobą, aby wykonać telefon do klienta, aby wykonać obowiązki. Często mammało pracy, a mimo to musze siedzieć w biurze. Czuję jakby ta praca kastrowałamnie dzień po dniu. Raz w tygodniu na chwilę odzyskuję poczucie sensu, idę doPAH, gdzie nadal pracuję jako doradca, wtedy na chwilę odżywam. Nie poddaję sięszukam dla siebie nowej pracy.

Bliskość
Kilka lat temu poznałem niesamowitą dziewczynę. A jednakwszystko szło nie tak, dawałem ciała tak, że do dziś trudno mi w to wszystkouwierzyć. Walczyłem, dopóki nie zatrzaśnięto przede mną drzwi. Przez cały czasszukałem wsparcia, modliłem się, a jednak w końcu zostałem po drugiej stroniedrzwi, sam. Z poczuciem, żewszystkie moje starania poszły na marne.
Pół roku temu spotkałem ją na imprezieznajomych. W głowie jednak miałem: Nie podchodź, uszanuj jej NIE. Było trudno,choć od rozstania minęło już dużo czasu. To wciąż była jednak kobieta, na widokktórej serce zaczynało mi znowu bić. Od tej imprezy minęło kolejne pół roku.Zaproponowałem spotkanie, gdyż od dłuższego już czasu miałem poczucie, że chcęsię z nią spotkać, chcę pojednać. Zaproponowałem spotkanie. Umówiliśmy się. Ito był dla mnie cud. Spotkałem się po prawie dwu latach z kobietą, którądoprowadziłem kiedyś prawie do furii. To były bardzo długie dwa lata. W moimżyciu wydarzyło się mnóstwo rzeczy. Początek był bardzo trudny. Robiłem milionrzeczy, aby o niej nie myśleć. Walczyłem ze sobą, aby nie walczyć o nią.Dotarło jednak do mnie, że czasem miłość do drugiej  osoby, oznacza uszanowanie jej woli, jejdecyzji, jej NIE. Teraz kiedy mogę z nią siedzieć przy jednym stoliku,rozmawiać, zaczynam dostrzegać wartość tego czasu, który minął od naszegorozstania. Przez wiele miesięcy nie widziałem w tym sensu. Teraz mam poczucie,że właśnie ta moja słabość, ta moja walka, ta moja porażka, ten czas samotności– to wszystko było potrzebne, abym nabrał pokory, abym zobaczył, że to nie jajestem Bogiem, że to nie ja buduję. Dziś kiedy mogę się z nią spotkać, mam głębokiepoczucie, że to nie moja zasługa. Ja nie byłem już w stanie zrobić nic. Mampoczucie, że to On za mnie walczył. Jak dla mnie CUD. Cieszę się z każdegospotkania z nią. Gdzieś jednak w środku, czuję się złamany, tym doświadczeniemodrzucenia z przed lat. Wszystkie te moje porażki, gdzieś we mnie siedzą.Sprawiają, że już niczego nie planuję, po prostu wchodzę w tę relację, zespotkania na spotkanie i ani kroku dalej. Ale nie poddam się. I mam nadzieję,że przyjdzie dzień, kiedy zacznę się znowu śmiać.

Nie nadajesz się do tego - to myśl z którą często się zmagam. Na szczęście jestem uparty i lubię podejmować ryzykowne decyzje. Po latach dostrzegłem, że mam to po swoim ojcu. On przez lata zmagał się z tymi słowami. A jednak pomimo tego działał. Podejmował ryzyko, rozpoczynał własne biznesy, próbował, udawało mu się. Dziś widzę, że mam odwagę po ojcu, widzę że dzięki temu, że on kiedyś nie bał się ryzykować, ja dziś potrafię działać pomimo wątpliwości i obaw które przetaczają się przez moje myśli i serce. Czasem jest mi trudno, nie mam pewności, wtedy modlę się, otwieram Pismo Św. i szukam słowa skierowanego do mnie. Poza tym życie nauczyło mnie, że szkoda odpuszczać, zbyt wiele straciłem gdy byłem młody, teraz walczę, nawet gdy czasem mam poczucie, że inni mogą traktować mnie jak szaleńca. W trakcie tych wszystkich zmagań nauczyłem się też tego, że moje starania nie zawsze przynoszą efekt którego bym pragnął. Kiedy jednak czuję pokój w sercu po tym co zrobiłem, wtedy wiem, że to było dobre i potrzebne.

(Jacek)

piątek, 3 grudnia 2010

Remont u Józefa


Kolejny raz spotyka mnie coś nieoczekiwanego. Ostatnio są to remonty albo przeprowadzki. Kiedyś Jacek wspomniał, że moją życiową misją powinny stać się remonty - w końcu tyle ich ostatnimi czasy w moim życiorysie. Szczerze powiedziawszy - to mam ich już dość. Szczególnie, że jakoś odbywają się one w trybie ekspresowym. Wciąż brakuje czasu....
Dzięki wszystkim za ogromną pracę jaką włożyliście w ten remont
Bless brada!

Józef

wtorek, 30 listopada 2010

Remont u Józefa

Pomoc Józefowi przy remoncie była dla mnie oderwaniem się od codziennych obowiązków i możliwością zrobienia czegoś innego. Naprawdę dobra zabawa. Miło jest teraz zobaczyć to, że mieszkanie przeszło metamorfozę.

Rafał J.

Remont u Józefa


sobota, 8 maja 2010

Malowanie

Wreszcie trafiła się mała odmiana od codziennych zajęć. Rafał poprosił mnie o pomoc przy odświeżeniu fasady w sklepie który od jakiegoś czasu wynajmuje. Jakiś czas temu wymieniał witrynę na nową. Ściana wokół była już dość mocno zniszczona, więc zdecydował, że czas ją odświeżyć. Spotkaliśmy się najpierw w tygodniu aby pouzupełniać wszystkie pęknięcia. A w sobotę najpierw trochę szlifowaliśmy, a potem wzięliśmy się za malowanie. Trochę baliśmy się o pogodę, ale jak zwykle Szef zaopiekował się nami i po całym tygodniu deszczowej pogody, tego dnia było słonecznie. Uwinęliśmy się w kilka godzin, po czym szybko ruszyłem do domu, gdyż tego dnia czekała mnie sztafeta 4 x 1500m na która umówiony byłem ze swoją już stałą ekipą biegową. Robota z Rafałem to oczywiście jak zawsze przyjemność, życzę każdemu kto pracuje w grupie, aby miał jak najwięcej takich osób jak Rafał.

piątek, 19 lutego 2010

Expect unexpected - czyli remont u Wojtka:-)

Józef

Dokładnie w tym samym czasie, kiedy Jacek wraz z Jankiem oddychali górskim powietrzem - ja "wisiałem na ścianach". Nieoczekiwanie spotkałem się z Adamem podczas remontu u Wojtka, który pod nieobecność żony i dzieci będących na feriach, postanowił wymienić podłogę w kuchni i ewentualnie odświeżyć ściany. Zdrapanie płytek PCV poszło jak po maśle. Okazało się, że instalacja elektryczna wisi na włosku. Przedłużacz podpięty do puszki łączeniowej jako gniazdo, luźno zwisające przewody łączące 2 kontakty ze sobą itd. Ale to tez poszło jak wypicie małego piwa. Wojtek znalazł wiekowy świder ręcznym którym Adam pruł ściany pod przewody. Dwie godziny i po sprawie. Problemy zaczęły się, kiedy jednym uderzeniem młotka otworzyłem zalepiony przewód wentylacyjny. Całe szczęście, że nie wpadł do środka przewodu z hukiem tylko został w mojej ręce. Idąc dalej i krótko mówiąc co chwile to nowe niespodzianki - zupełnie nieoczekiwane. gliniana polepa na posadzce, kolejne dziury nad kaloryferem, po osunięciu starych zapyziałych płytek nad zlewozmywakiem - kolejna dziura tak, że ręka wchodzi! Ostatecznie mały remoncik przerodził się w poważny remont, który trwa do dziś. Nowe zagospodarowanie przestrzeni, zmiana zabudowania zlewu, kuchenki itd. Rewelacją za to okazała się francuska gładź, której nie trzeba szlifować a jedynie polerować gąbka i filcem a następnie ściągać pozostałe "mleko" gumową pacą jak wycieraczką wodę z szyby. nieoczekiwane, były również koncepcje kolegi Wojtka, który rozkręcił ten cały bałagan. Wczoraj poprawiałem fugi w podłodze a dziś Adam coś wykańcza. Przypomniało mi sie stwierdzenie jednego Ukraińca z którym swego czasu pracowałem w odessie w placówce misyjnej moich byłych współbraci. Powiadał często tak: Remont jak front. I w tym wypadku był to front po całej linii począwszy od nieoczekiwanych niespodzianek przedmiotów martwych po ostre różnice zdań wsród nas. A zatem Panowie biorąc się do remontu nawet najmniejszego:
Expect unexpected!

środa, 21 października 2009

Mężczyźni ..... w przedszkolu!?

Grzegorz

"Dobrze jest robić rzeczy, które dają nam satysfakcję"

Bez wątpienia jedną z takich rzeczy okazał się nasz wypad do dwóch przedszkoli w roli męskiej przedszkolnej ekipy eventowej.
Na czym polegała cała zabawa, szczegółowo opisali poniżej Józef i Adam. Ja chciałbym bardziej zatrzymać się na nieco innej kwestii. Zastanawiałem się nad pojęciem "przyjemności czerpanej z wykonywanej pracy..."
Siedząc przy moim wieczornym deszczowym oknie, powróciłem myślami do dnia, w którym odbywało się nasze przedstawienie. Przypomniałem sobie jak wcielam się w rolę starego mądrego dębu, Józef wygłupia się jako radosny i pocieszny Orzeszek, Adam gra smutnego zaspanego misia, któremu niepokorni turyści wrzucili do gawry butelkę po flaszce, słoik po dżemie z Łowicza i starego buta. Paweł z kolei jest pomysłowym gajowym( został gajowym spontanicznie - 5 minut przed rozpoczęciem przedstawienia :-) )
Przypominają mi się też jaja, które robiliśmy na naszych próbach, gdzie wymyślaliśmy sytuacyjne, skrajne żarty dla rodziców ( np. o niezłych sosenkach z długimi konarami :-) )
Uśmiecham się też na myśl o wielkim puchatym kożuchu Adama, w którym wyglądał jak wielki rasowy niedźwiedź Grizzly (swoja droga mi chyba bardziej przypominał ukraińskiego dziada słuzebnego, który przemycał fajki :-) )
Myślę też ciepło o naszych drzewnych strojach z gałęzi ścinanych przez Pawła rano w czasie nieprzewidzianego ataku zimy. Nie sposób również nie wspomnieć o naszej mistrzowskiej piosence "Stumilowy las" w rytmie Ska, którą wydzieraliśmy na 3 głosy (w niebo głosy), i oczywiście o najważniejszym motywie - śmierdzącym wymiocinami (starą farbą akrylową) parasol, który pomalowany na czerwono w białe kropki pełnił role muchomora:[) :-) :-)
Wszystkie, te wciąż żywe wspomnienia wywołują we mnie wewnętrzną radość.
...Tak sobie siedzę w tym oknie i myślę... zastanawiam się ...i dochodzę chyba do prostego i oczywistego wniosku:
- Jeżeli wykonywana praca dostarcza nam radości i zadowolenia, staje się wówczas najlepszą pracą świata!Odczuwamy wtedy wielka satysfakcję, poczucie misji oraz uczucie wewnętrznego samospełnienia, które w dalszej konsekwencji przekłada się na ogólne zadowolenie życiowe...
Piszę o tym, bo jest to temat dla mnie teraz szczególnie aktualny. Szukam pracy i wciąż nasuwa mi się pytanie: Pracować gdziekolwiek, żeby tylko zarabiać? Czy poczekać (nie wiadomo jak długo), ale znaleźć zajęcie, które dawało by mi satysfakcję...
Ciężka decyzja... szczególnie w obecnej sytuacji rynkowej... :-)
...Myśląc o tym problemie chciałem bardzo podziękować całej "Stumilowej" ekipie, za udany występ, super organizację, zaangażowanie, żarty, jaja i dobre słowa. Najbardziej jednak chciałbym podziękować Szefowi, który czuwał nad całością, bez którego tak na prawdę nic by się nie odbyło... za to, że na co dzień, bez względu na okoliczności jest reżyserem całego naszego życia...

Bless!

wtorek, 13 października 2009

Wycinka na linach

Józef

Piątek 9-go października ustawiłem się z Jakubem na spotkanie. Niecodzienne spotkanie. Posłuchajcie...
Jakiś czas temu straciliśmy kontakt - Jakub zmienił telefon, nie miał dostępu do netu, poza tym wakacje spędzał jak najdalej od stolicy a i ja specjalnie nie kwapiłem się, żeby zdobyć kontakt. W zeszłym tygodniu spotkaliśmy się na ślubie naszych wspólnych znajomych. Obiecaliśmy sobie spotkanie. No właśnie. Jak zwykle terminy nie podpasywały. Wtedy, gdy ja miałem wolny czas -Jakubowi go brakowało i na odwrót. Stara bajka z uciekającym czasem wciąż staje się naszą rzeczywistością. W piątek rozpoczynałem dyżur w Ośrodku Wychowawczym o 13:30 ;a Jakub miał cały dzień free. Wpadłem na pomysł. Spotkanie nie przy piwie (choć czasem lubię taka formę, gorzej z herbatką:-); nie posiadówa i narzekanie, że nie ma czasu, są trudności, co by tu zrobić, żeby sie wyrwać itd. ) Nic z tych rzeczy. Spotkanie punkt 9ta - Saska Kępa, a tam przygotowany sprzęt do wycinki kilku suchych gałęzi ze starej Jabłoni (no może nie do końca przygotowany - przed 9tą odwiedziłem Grzegorza, żeby uzupełnić szpej do pracy). Wcześniej informowałem Jakuba, że spotykamy się tu i tu o tej i o tej i po3bne jest ubranie robocze - reszta to niespodzianka. Jak się okazało, Jakub myślał że będziemy coś przesadzać w ogródku, kopać w ziemi itd. Zdziwił się bardzo ale pozytywnie. Przyjemne z pożytecznym. Trzy godziny dobrej zabawy. Dawno się nie wspinałem, więc trochę nam zeszło zanim założyliśmy stanowiska. Miejscami ciężko było wisieć w niewygodnej pozycji i na dodatek posługując się ręcznymi piłami ciąć gałęzie. Dobra rozgrzewka przed pracą. Okazało się, że na dyżurze grałem z wychowankami w kosza i piłkę nożną, zatem rozgrzewka się przydała.
Jakub na koniec rzucił od niechcenia. Stary więcej takich akcji. Ile można siedzieć "na dupie"przy klawiaturze!
Okazuje się, że można świetnie spędzić poranek w stolicy zapominając w ogóle o tym, że się w niej jest:-)
Ostatnio mam poczucie, że Bóg daje mi zupełnie inny czas, który mogę wykorzystać albo nic z nim nie zrobić. Mimo, że perspektywa dłuższego wyjazdu od dawna nie jest dla mnie w zasięgu ręki ( nie mogłem pojechać na wyprawę w Pieniny, nie dokończyliśmy kamiennych filarów u Pawła na działce, nie wypalił spływ kajakowy i pobyt w Czerwińsku itd.) to cieszę się z takich małych codziennych a zarazem "niecodziennych" spotkań. Zresztą zobaczcie sami...

poniedziałek, 28 września 2009

Volontariat


W ostatni weekend odbywała się wielka akcja organizowana przez Banki Żywności pod hasłem Podziel się posiłkiem.

Bardzo dziękuję za wsparcie akcji Rafałowi i Jankowi.Panowie super, że można na Was liczyć!!

Jacek
Przyznam, że oczywiście jak już trzeba było ruszać miałem dość duży opór, najzwyczajniej nie chciało mi się iść, tym bardziej, że ten weekend szykował się dość intensywny, po takim samym tygodniu. Na szczęście ostatnie pół roku nauczyło mnie, że jak pojawia się opór to znaczy, że szykuje się coś dobrego i ważnego. Dlatego nie zważając na niechęć i zmęczenie po prostu zapakowałem się do samochodu i pojechałem po Rafała. O 13 mieliśmy już być w Tesco na Kabatach. Podział pracy był następujący, jedna osoba stała przy koszu za kasami, do którego ludzie wrzucali produkty - zadaniem tej osoby stojącej było przyjmowanie produktów, rozdawanie naklejek, drobnych gadżetów i uśmiechów. Druga osoba miała stać przy wejściu na sklep, rozdawać ulotki (które skończyły się m,momentalnie) i zachęcać ludzi do udziału w akcji. Biorąc pod uwagę, że od lat pracuję w sprzedaży na hasło, że mam podchodzić do ludzi i zachęcać ich do wzięcia udziału w akcji - pojawił się we mnie totalny opór. Na szczęście ten obowiązek na początek wziął na siebie Rafał. Ja stałem przy koszu i odbierałem rzeczy. To było niesamowite doświadczenie. Rozdawałem naklejki, gadżety, lecz przede wszystkim uśmiechy, próbując na wszelkie możliwe sposoby dziękować ludziom. Z tym akurat nie mam problemu, więc to był naprawdę niesamowity czas.
Największe wrażenie zrobiło na mnie 3 facetów. Jeden z nich podjechał z wózkiem pełnym reklamówek z jedzeniem i zaczął mi to wszystko dawać. Kiedy z nim rozmawiałem powiedział, że córka prosiła go o to, więc przyszedł. Co tu dużo mówić, niesamowita córka i niesamowity ojciec.
Później pojawił się jeszcze jeden facet, który też oddał wszystko co miał w wózku. Olbrzymie wrażenie zrobił też na mnie staruszek który podjechał do mnie, miał kilka rzeczy w wózku, widać było, że nie ma za dużo pieniędzy. Nie mógł sobie jednak darować, że nic nie kupił dla dzieciaków, gdyż do tej pory, za każdym razem brał udział w takich akcjach. Na sklepie było mnóstwo ludzi, nie miał sił stać po raz drugi w kolejce, musiał też szybko wracać do domu aby coś zjeść gdyż jest cukrzykiem. Odjechał zły na siebie. Po kilku minutach znów go zobaczyłem podszedł do kasy naprzeciwko mnie i zaczął pytać osoby stojące przed kasą, czy mogą odsprzedać mu jakieś produkty do zbiórki. Nikt się nie kwapił. W końcu razem z kasjerką wpadli na pomysł, że może coś do jedzenia dla dzieci jest wśród produktów, które czasem ludzie zostawiają przy kasie - i to był strzał w dziesiątkę - obszedł kilka kas i wrócił do nas. Szacunek!
A później nastąpiła zamiana. Zastąpiłem Rafała, z początku było ciężko, ale w końcu postanowiłem niczym się nie przejmować i w sumie było ok. Podchodziłem do ludzi, bez skrępowania, pomagała mi w tym świadomość, że mogę zrobić coś dobrego:)
To był dobry czas, już dawno tyle się nie uśmiechałem do ludzi:)

No i chłopaki, Rafał, Janek - szacunek!

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

na działce_sierpień 2009

Józef

Wreszcie mogłem na jakiś czas zapomnieć o pracy. Pierwsze dni urlopu spędziłem poza miastem, które zmęczyło mnie już sobą. Wyjechałem na działkę do Boguszyna na trzy dni przeplatane pracą, rozmowami z moim dobrym znajomym Pawłem w ciszy i pięknej, wiejskiej scenerii mazowieckiej ziemii. Było upalnie. Pierwszy dzień rozpoczęliśmy od zaplanowania prac. Udało nam się dokończyć konstrukcję rynny, którą zaczęliśmy budować w trakcie poprzedniego pobytu w Boguszynie. Ten pierwszy dzień zakończyliśmy przy ognisku, popijając miejscowe piwo i zagryzając pyszną kaszankę. Mieliśmy w końcu też czas aby porozmawiać, dzieląc się naszymi życiowymi doświadczeniami. Moje doświadczenie ze względu na ilośc przeżytych wiosen jest skromne, inaczej jest z Pawłem. Opowiadał o tym jak zakochał się w swojej żonie, o pierwszych latach małżeństwa, o przyjażni ze swoją żoną, która budowali przez dwadzieścia parę lat i o wyprawach z mężczyznami, w niesformych latach swej młodości. O tym jak wbijali się w pociąg towarowy i jechali przez całą Polskę bez grosza w kieszeni. O tym co jest ważne w życiu, a co można sobie odpuścić. Bardzo przypadły mi do gustu nasze wspólne pomysły, które zrodziły się podczas wspólnej pracy, a które chcielibyśmy razem zrealizować (jesli Bóg przewidział to dla nas). Jakie to pomysły - tymczasem niech to będzie nasza słodką tajemnicą, jeśli kiedyś je zrealizujemy to będzie można zobaczyć efekty, hehe

Drugi dzień spędziłęm sam. Wczesnie rano wybrałem się na długi spacer. Szedłem boso, przez łąkę pokrytą zimną rosą i podziwiałem piękne widoki. Wdychałem wiejskie powietrze i modliłem się psalmami. Póżniej w niezmąconej niczym ciszy zabrałem się do ciężkiej pracy. Znosiłem kamienie, kopłaem doły, wylewałem fundament pod kolejny filar. Czułem się lekko, mimo spiekoty i wysiłku. Czułem radość, a moja dusza była usposobiona do chwalenia Boga za życie i piękno. Dobrze, że zyjemy w świecie szybkiej komunikacji, bo mogłem zadzwonić do żony i usłyszeć jej delikatny głos, który był niczym muśnięcie delikatnego wiatru, na moim rozgrzanym od słońca ciele.
Paweł pojechał do córki, która wychodziła tego dnia ze szpitala. Wrócił póżnym wieczorem ze swoją żoną. Zjedliśmy pierogi. Na dworze rozszalała się burza, wszędzie pogasły światła, a błyski piorunów rozświetlały wieczór, niczym wygrzebany przez nas stare, naftowe lampy.
Następny ranek przywitał nas znów piękną pogodą. Burza jednak wyrządziła znaczne szkody, w okolicy pełno było powyrywanych drzew, powywracanych słupów telegraficznych i kilka zerwanych dachów. Dla nas był to kolejny dzień pracy. Ewa - żona Pawła dbałą o nas przez cały ten dzień, przygotowując nam wodę z mięta i owoce, a na koniec dnia zrobiła pyszny obiad z białym winem. Uczta trwał długo, gdyż ciągle pojawiały się nowe tematy do rozmowy. "Nawróc" tak nazywają swoja działkę Ewa i Paweł jest naprawdę uroczym i gościnnym miejscem. Myślę już o kolejnym wyjeździe z grupą mężczyzn na wspólną pracę, spływ kajakami Bzurą i rozmowy na świeżym powietrzu. Tymczasem szykuję sie na wyjazd w Tatry, tylko z moją żoną.

Wspólna praca_sierpień 2009

Jacek

Od jakiegoś czasu pojawiał się temat pomalowania sali gdzie mamy liturgię słowa. Pojawiał się i nic nie działo się. Kiedy więc wróciłem z urlopu, pomyślałem, że w końcu trzeba przestać rozmawiać o malowaniu i po prostu zabrać się za nie. Tym bardziej, że brakowało mi już jakiegoś działania, czegoś co może przynieść po prostu dobry efekt.
Trochę czasu trwało uzyskanie zgody proboszcza, ale w końcu udało się. Michał zajął się organizacją materiałów, Bogdan planowaniem, a ja, powiedzmy koordynacją działań.
Zaczęliśmy w piątek rano. Byłem ja, Bogdan, Rafał i Michał. To był dzień kiedy mieliśmy przygotować salę do malowania. Poskładaliśmy wszystko na jedno miejsce, rozłożyliśmy folie, przynieśliśmy rusztowanie, zajęliśmy się myciem ścian i gruntowaniem. Sale jest duża, więc pracy było naprawdę dużo. Na chwilę wpadł nawet Józef, ale tego dnia wyjeżdżał na ślub więc nie mógł z nami zostać, a szkoda, bo to facet z którym lubię pracować. Mamy już w końcu za sobą trochę czasu który spędziliśmy przy remoncie mieszkania u niego i Michała. Spodziewałem się, że czasu będzie niewiele i trzeba będzie spieszyć się, ale w pewnym momencie zacząłem mieć obawy, czy wyrobimy się w dwa dni. Ale, nie było innego wyjścia, więc przerwy były minimalne i staraliśmy się pracować jak najintensywniej. W piątek jeszcze udało nam się zrobić krótką przerwę na pizzę, ale już w sobotę nie było mowy o przerwie na obiad. Okazało się bowiem, że nie wystarczy położenie jednej warstwy farby, czekało nas dwukrotne malowanie. A, że sala jest bardzo wysoka, to sporo czasu trzeba było poświęcić na malowanie sufitu. W sobotę nie mógł przyjść Rafał, który wyjechał do Teze, nie było też Michała który musiał zająć się rodziną. Na szczęście dołączyli do nas Artur i Piotrek. Było ciężko. Przyznam, że nie boję się ciężkiej pracy i potrafię ciężko pracować, za co jestem wdzięczny ojcu, ale te dwa dni dały mi w kość. Lubię ciężką pracę, ale były momenty, kiedy musiałem zacisnąć zęby, by po raz kolejny wejść na rusztowanie. Ale przy takiej ekipie, chciało się pracować. I muszę przyznać, że praca z takimi facetami to pomimo trudu, czysta przyjemność. I najważniejsze, udało się, a kolor wyszedł super. Była też mała strata, tuż pod koniec próbowałem wyczyścić uchwyt od klosza i niestety ledwo dotknąłem go ścierką, odpadł. Przez chwilę była jeszcze nadzieja, że złapie go Artur, ale niestety, zobaczyłem jak uderza o podłogę i rozpada się na drobne kawałki. Ale, straty muszą być. Grunt to, że mamy wreszcie pomalowaną salę i mogliśmy razem popracować.

poniedziałek, 20 lipca 2009

na działce_lipiec 2009

Józef

Wyjechaliśmy z Warszawy około dziewiątej rano, w czteroosobowej grupie. Zapowiadał się upalny dzień. Celem podróży była rekreacja, praca i wspólne spędzenie czasu, w spokojnym miejscu poza Warszawą. Jechaliśmy na działkę z glinianą chatą położoną w Boguszynie, niedaleko historycznego miejsca - Czerwińska. Zanim dotarliśmy na miejsce skręciliśmy do klasztoru salezjanów, położonego w samym centrum Czerwińska. Ojciec Bazylii - sędziwy profesor przyrody - poświęcił nam godzinę, oprowadzając nas po starej wystawie misyjnej, gdzie obejrzeliśmy eksponaty przywiezione przez misjonarzy z rożnych miejsc świata. Później mielismy jeszcze szansę zobaczyć romańską bazylikę z 1115 roku. Niektóre elementy architektoniczne zrobiły na nas duże wrażenie. Czuliśmy się w tych starych murach jak w innym świecie. Na dodatek kiedy zwiedzaliśmy bazylikę, ktoś akurat ćwiczył na kościelnych organach. Muzyka potęgowała i tak niesamowite wrażenia.
Ojciec Bazylii urzekł nas swoją wiedzą. W trakcie zwiedzania doszło nawet do śmiałych dyskusji, które daleko wykroczyły poza historię zwiedzanego przez nas miejsca. Były więc dyskusje na tematy gospodarcze, ale też i egzystencjalne. Cieszę się, że odwiedziliśmy to miejsce, gdyż przed kilkoma laty, dane mi było spędzić w tych murach prawie rok. Znałem je dobrze. Słuchałem jednak naszego przewodnika, którego znałem jeszcze ze starych czasów. Ojciec Bazylii był moim nauczycielem filozofii przez 2 lata na studiach w Łodzi. Ten siedemdziesięcio kilku letni, niski, krępy facet ma niesamowitą wiedzę, także na temat misji, choć tak naprawę sam na misjach nigdy nie był. Nic wiec dziwnego, że Rafał w pewnym momencie zapytał ojca, jak czuł się na misji?
Niespodziewanie spotkałem również mojego magistra nowicjatu, który akurat przyjechał z Gdańska. Okazało się, że cały czas pełni tę samą funkcję w Czerwińsku. To było dla mnie ważne spotkanie. Wymieniliśmy serdeczne uwagi, dotyczące naszego wspólnego życia przez rok pod wspólnym dachem. Zawsze miałem dużo życzliwości do mojego przełożonego, choć często nie zgadzałem się z jego poleceniami, naukami, dobrą radą, czy krytyką. Jednak to czego doświadczyłem w tych murach przez rok, w osamotnieniu, na modlitwie, ciężko pracując za braćmi z zakonu, było bardzo cenne i pomaga mi w obecnym życiu męża, pracownika, studenta, brata we wspólnocie.
W końcu dojechał do nas Paweł z żoną, u których spędziliśmy resztę dnia. Po drodze na ich działkę zatrzymaliśmy się aby zaopatrzyć się w kilka rzeczy. Łukasz z Piotrem kupili mięso na grila. Paweł kupił 5 worków cementu i ruszyliśmy do Boguszyna. Po 30 minutach dotarliśmy na miejsce. "Nawroć" przywitała na swoją dzikością. Mnóstwo krzewów, drzew, a w tym wszystkim kilka pomieszczeń gospodarczych, piwniczka, studnia i gliniana chata! Plan działania był prosty. Mieliśmy popracować, coś zjeść, a w wolnej chwili wyskoczyć wykąpać się w jeziorze. Przez cały dzień słońce przypiekało nas. Zjarałem sobie plecy, a Piotr narzekał na palący kark. Wykonaliśmy jednak kawał roboty. Najpierw siłowaliśmy się z betonową kolumną, wysoką na 3 metry, stylizowaną na starożytną kolumnę, w stylu doryckim. Kolumna zaczęła osiadać przy podstawie i przez to odchyliła się od pionu. Napociliśmy się zdrowo. Mieliśmy zawężone pole manewru, dlatego postanowiliśmy etapowo zabezpieczyć podstawę kolumny, poprzez wzmocnienie podłoża betonową wylewką, którą urabialiśmy w taczce. Dla Łukasza było to nowe doświadczenie - z którego bardzo ucieszył się. Kolejną pracą było ponowne osadzenie rynny i zaprojektowanie odpływu wody, tak aby w trakcie deszczu woda spływająca rynną nie zalewała terenu przy chacie.
W tym wszystkim znaleźliśmy też czas na czytanie gazet i rozmowę. A Łukasz wraz z Panią domu przygotował nam przepyszną karkówkę i kurczaka. Do tego była rewelacyjna sałatka i ciemny chleb ze śliwkami i rodzynkami. Uczta jak na pracowników fizycznych - wykwintna.
Przy dobrym, różowym winie, była też chwila aby wreszcie porozmawiać i poznać się lepiej.
Czas biegł szybko. Nie zdążyliśmy już pójść nad jezioro, więc wykąpaliśmy się w balii stojącej przy domu. Mam nadzieję, że wrócimy tam jeszcze kiedyś, na dłużej i będzie już wtedy chwila by wykąpać się w pobliskim jeziorze.