Pokazywanie postów oznaczonych etykietą męskość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą męskość. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 lutego 2013

O MĘSKOŚCI

PRAWDZIWY FACET NIE JE MIODU TYLKO ŻUJE PSZCZOŁY - znalazłem taki wpis w internecie... i się zastanowiłem No to wychodzi według tych słów, że niewielu z nas jest prawdziwych? Mogę jeść samą cebulę, czosnek, imbir, chilli, piję gorzkie napoje, ciemne mocne piwo, kwas chlebowy, ale żuć to jedynie suszone owoce na przykład figi - pszczoły nie próbowałem. Jeśli brać dosłownie tą sentencję to nie łapię się do grona. Jednak jako metafora pewnego spojrzenia na mężczyznę to jest ciekawa - czy trafiona - zależy dla kogo... A JAK TY MYŚLISZ? Komentarze oczekiwane DŁUŻSZE WYPOWIEDZI RÓWNIEŻ:-) wdrodzekumeskosci

środa, 8 lutego 2012

MOJE BITWY

Ostatnio chodzę na spotkania wspólnoty, do Kościoła, dopracy, do ludzi, lecz bardzo często mam ochotę zamknąć się w domu i niewychodzić. Czuję się jakby ktoś przetrącił mi kręgosłup. Idę, działam zprzyzwyczajenia, rzadko uśmiecham się. Trudno mi cieszyć się tym co mam, ajeszcze trudniej uwierzyć mi, że coś może zmienić się. Co więcej często mamtakie poczucie, że to wszystko powinienem zostawić dla siebie, że nie mogę innychzarzucać jeszcze swoimi trudnościami.

W ostatnią niedzielę kiedy byłem na eucharystii po razpierwszy od wielu tygodni coś do mnie dotarło. To był refren psalmu:"Panie, Ty leczysz złamanych na duchu". Do dziś te słowa wibrują mi wgłowie, ciągle wracając. Tak, czuję się od dawna złamany na duchu. I wreszcieznalazłem słowa, aby nazwać coś co noszę w sobie od tylu miesięcy.

Praca.
Dwa lata temu podjąłem próbę wyrwania się ze sprzedaży, wktórej tkwię stanowczo za długo. Początek był dobry, dostałem odprawę, miałempomysły zacząłem działać. Zająłem się czymś zupełnie nowym doradztwemzawodowym, czułem się w tym świetnie. Wreszcie miałem energię, cieszyłem siętym co robię, cieszyłem się na każde spotkanie. Musiałem zacisnąćpasa,zrezygnować z wielu wygód, ale nie miało to znaczenia. ŻYŁEM. WRESZCIE. Pojakimś czasie okazało się jednak, że drastycznie przycięto mi i tak niską kasę.Musiałem na szybko znaleźć dodatkowe zajęcie. Szukałem, walczyłem, byle niewylądować z powrotem w sprzedaży. Nie udało się. Nie chciałem wpaść w długi,więc w końcu wziąłem to co było. Powrót do sprzedaży. Dla mnie to była totalnaporażka. Wracałem do czegoś, od czego miałem nadzieję uciec. Czułem sięzostawiony przez Boga i bliskich. Czułem, że sam muszę sobie poradzić, znowu sam.Kolejna już bitwa o to by miećpoczucie, że to co robię na co dzień, w pracy ma sens - przegrana. Kolejna bitwagdy czułem, że w końcu na polu bitwy zostaję sam.

Wróciłem dorobienia rzeczy w których nie widzę większego sensu. Po prostu zarabianiepieniędzy. Spędzam na tym pięć dni w tygodniu, zamknięty w biurze. Walczę zesobą, aby wykonać telefon do klienta, aby wykonać obowiązki. Często mammało pracy, a mimo to musze siedzieć w biurze. Czuję jakby ta praca kastrowałamnie dzień po dniu. Raz w tygodniu na chwilę odzyskuję poczucie sensu, idę doPAH, gdzie nadal pracuję jako doradca, wtedy na chwilę odżywam. Nie poddaję sięszukam dla siebie nowej pracy.

Bliskość
Kilka lat temu poznałem niesamowitą dziewczynę. A jednakwszystko szło nie tak, dawałem ciała tak, że do dziś trudno mi w to wszystkouwierzyć. Walczyłem, dopóki nie zatrzaśnięto przede mną drzwi. Przez cały czasszukałem wsparcia, modliłem się, a jednak w końcu zostałem po drugiej stroniedrzwi, sam. Z poczuciem, żewszystkie moje starania poszły na marne.
Pół roku temu spotkałem ją na imprezieznajomych. W głowie jednak miałem: Nie podchodź, uszanuj jej NIE. Było trudno,choć od rozstania minęło już dużo czasu. To wciąż była jednak kobieta, na widokktórej serce zaczynało mi znowu bić. Od tej imprezy minęło kolejne pół roku.Zaproponowałem spotkanie, gdyż od dłuższego już czasu miałem poczucie, że chcęsię z nią spotkać, chcę pojednać. Zaproponowałem spotkanie. Umówiliśmy się. Ito był dla mnie cud. Spotkałem się po prawie dwu latach z kobietą, którądoprowadziłem kiedyś prawie do furii. To były bardzo długie dwa lata. W moimżyciu wydarzyło się mnóstwo rzeczy. Początek był bardzo trudny. Robiłem milionrzeczy, aby o niej nie myśleć. Walczyłem ze sobą, aby nie walczyć o nią.Dotarło jednak do mnie, że czasem miłość do drugiej  osoby, oznacza uszanowanie jej woli, jejdecyzji, jej NIE. Teraz kiedy mogę z nią siedzieć przy jednym stoliku,rozmawiać, zaczynam dostrzegać wartość tego czasu, który minął od naszegorozstania. Przez wiele miesięcy nie widziałem w tym sensu. Teraz mam poczucie,że właśnie ta moja słabość, ta moja walka, ta moja porażka, ten czas samotności– to wszystko było potrzebne, abym nabrał pokory, abym zobaczył, że to nie jajestem Bogiem, że to nie ja buduję. Dziś kiedy mogę się z nią spotkać, mam głębokiepoczucie, że to nie moja zasługa. Ja nie byłem już w stanie zrobić nic. Mampoczucie, że to On za mnie walczył. Jak dla mnie CUD. Cieszę się z każdegospotkania z nią. Gdzieś jednak w środku, czuję się złamany, tym doświadczeniemodrzucenia z przed lat. Wszystkie te moje porażki, gdzieś we mnie siedzą.Sprawiają, że już niczego nie planuję, po prostu wchodzę w tę relację, zespotkania na spotkanie i ani kroku dalej. Ale nie poddam się. I mam nadzieję,że przyjdzie dzień, kiedy zacznę się znowu śmiać.

Nie nadajesz się do tego - to myśl z którą często się zmagam. Na szczęście jestem uparty i lubię podejmować ryzykowne decyzje. Po latach dostrzegłem, że mam to po swoim ojcu. On przez lata zmagał się z tymi słowami. A jednak pomimo tego działał. Podejmował ryzyko, rozpoczynał własne biznesy, próbował, udawało mu się. Dziś widzę, że mam odwagę po ojcu, widzę że dzięki temu, że on kiedyś nie bał się ryzykować, ja dziś potrafię działać pomimo wątpliwości i obaw które przetaczają się przez moje myśli i serce. Czasem jest mi trudno, nie mam pewności, wtedy modlę się, otwieram Pismo Św. i szukam słowa skierowanego do mnie. Poza tym życie nauczyło mnie, że szkoda odpuszczać, zbyt wiele straciłem gdy byłem młody, teraz walczę, nawet gdy czasem mam poczucie, że inni mogą traktować mnie jak szaleńca. W trakcie tych wszystkich zmagań nauczyłem się też tego, że moje starania nie zawsze przynoszą efekt którego bym pragnął. Kiedy jednak czuję pokój w sercu po tym co zrobiłem, wtedy wiem, że to było dobre i potrzebne.

(Jacek)

środa, 11 maja 2011

Spotkanie z autorem "Dzikiego serca"




Dokładnie 30-tego kwietnia w Warszawie w auli Szkoły Głównej Handlowej odbyło się spotkanie z Johnem Eldredgem. Autor "Dzikiego serca" i wielu innych książek traktujących o męskości we współczesnym świecie i nie tylko... dzielił się swoimi spostrzeżeniami na temat Serca Boga. Wraz ze mną byli jeszcze Rafał i Łukasz, który dojechał rowerem i zabrał ze sobą znajomego. W dość licznym gronie - (aula niemalże wypełniona po brzegi kobietami i mężczyznami w różnym wieku) John łamał Słowo (czyli przytaczał fragmenty Pisma jednocześnie interpretując je poprzez egzegezę tekstu - według mnie zgodnie z hermeneutyką biblijną) przybliżał postać Jezusa mężczyzny, który - jak to powiedział - dla wielu(szczególnie kobiet)wydaje się być najmilszym, najczulszym i najsympatyczniejszym mężczyzną na świecie. Biblia jednak pokazuje zupełnie inny obraz Jezusa mężczyzny. Ciekawie wybrzmiały słowa: Jezus skandalista, który prosi o wodę Samarytankę, Jezus dobrze się bawiący wśród uczniów z Emaus mówiąc, że nie wie co się stało w Jerozolimie, a przecież nikt inny lepiej niż On tego nie wie, co się tak na prawdę stało. No i oczywiście pierwszy cud kiedy to w połowie uroczystości weselnej zamienia 6 stągwi kamiennych z wodą w wino - co daje w końcowym wyliczeniu jakieś 900 butelek wina! - to jest niezła draka jak na miłego Jezusa!
Oczywiście mówił o bliskiej relacji z Bogiem, o sercu, które Bóg dał każdemu z nas, które to serce ma pragnienie zjednoczenia się z Nim. Było również o walce z wrogiem. O tym, że jesteśmy w ciągłej bitwie o naszą duszę. Miałem również okazje zadać Johnowi pytanie z którego jestem zadowolony by tak rzec:-)
Podczas udzielania odpowiedzi na inne pytania - John poruszył również ważną dla mnie kwestię, związaną z otwieraniem się mężczyzn w gronie mężczyzn i rozmowami o ważnych sprawach: o przeżywaniu, o sercu, wydarzeniach... Przekaz był taki, że najlepszym miejscem do tego nie jest krąg dzielenia się. Coś w stylu - Teraz Panowie siadamy w kółeczku i po kolei, albo na tzw. ochotnika mówimy o swoich przeżyciach, problemach, itp. Najlepszym miejscem jest np. naprawianie domu z mężczyznami, czy samochodu, wspólny wyjazd. No dokładnie takie same mam doświadczenia jeśli chodzi o te sprawy. Potrzebowałem tego potwierdzenia, bo to dodaje mi pewności, że to co inicjujemy z Jackiem jest trafione i dodaje odwagi zarazem, żeby nie ustawać w tym tylko iść dalej. Być cały czas w drodze...
Józef

środa, 30 marca 2011

Żebro Adama, czyli rozmowy damsko - męskie: Adam i Sylwia: Refleksje po filmie "Ludzie Boga"

Jakiś czas temu byliśmy w kinie z moim mężem i siostrą na filmie „Ludzie Boga”. Warunki oglądania mieliśmy komfortowe, bo w sali oprócz nas było 6 osób;) W trakcie widziałam, że ta projekcja robi bardzo duże wrażenie na moim mężu…Nie jest mu łatwo pisać (należy do tych, którzy nade wszystko wolą działać;), a zależało mi na tym, żeby został jakiś ślad po tej uczcie duchowej. Dlatego przeprowadziłam z Adamem wywiad. Pomyślałam, że jego refleksje mogą być zachętą do obejrzenia tego filmu, a może do jakiejś twórczej dyskusji…
Sylwia
Sylwia: Co Ci się najbardziej w tym filmie podobało?
Adam: Prostota życia braci. Żyli z tymi ludźmi z wioski i szanowali się wzajemnie. To pokazuje, że muzułmanie to normalni ludzie.
To, że rozmawiali, w wolności podejmowali decyzje, modlili się razem, byli dla siebie prawdziwymi braćmi, widać, że się kochali, byli prawdziwymi mężczyznami.
Która scena zrobiła na Tobie największe wrażenie?
„Ostatnia wieczerza” – to było symboliczne, jak bracia pogodzili się z tym, że śmierć może przyjść w każdej chwili i wszyscy zdecydowali się zostać, rozeznali to wcześniej.
„Pierwszy kontakt z ekstremistami” – to jak Christian (przeor) z nimi rozmawiał, jak powiedział „zawsze mamy wybór”, postawił się i to zrobiło wrażenie na ekstremistach i to, że mówił do nich słowami Koranu, odeszli…
Bohater, którego postawa szczególnie Cię poruszyła?
- Luc - lekarz i Christopher - najmłodszy,
Luc – bo wykonywał wszystko pokornie, pracował ciężko, był chory i służył innym, bliski mi zawodowo;)
Christopher – też przeżywam podobne trudności, że się czegoś boje, miał inne wyjścia, ale walczył najintensywniej z nich wszystkich i zwyciężył. Modlił się, zmagał się ze sobą, nie spał…
Co myślisz o procesie podejmowania decyzji przez braci, który trwa właściwie przez cały film?
To było piękne, bo robili to bez ciśnienia jeden na drugiego, tylko sytuacja ich zmusiła do przemyśleń i decyzji, im bardziej się zaostrzała, tym bardziej ich zmuszała do podjęcia decyzji. Brak decyzji w odpowiednim czasie mógłby być poważnym problemem, bo zabiłoby ducha misji. Oni musieli podjąć decyzje, żeby wytrwać jako bracia – misjonarze, musieli szanować swoja wolność i dać sobie wzajemnie czas, ale z drugiej strony sytuacja ich przynaglała.
Jak konieczność podjęcia decyzji mogła wpłynąć na tych braci?
Przyjęli w pełni tę misje i nie wiadomo, jakie to potem przyniosło owoce. Każdy z nich mógł czuć się częścią tego zgromadzenia i misji, mogli okazywać sobie miłość, nie było presji na nikogo. Dla niektórych barci, konieczność podjęcia decyzji, była dużym problemem psychicznym. Ci z dużym doświadczeniem, chyba mieli łatwiej, a ten najmłodszy tylko zdążył się przyzwyczaić do uprawiania ogródka a już przyszła taka trudność.
Czy sposób, w jaki żyli i ta trudna sytuacja wpłynęły jakoś na ich męskość?
Bez pomocy Pana Boga nic by tam nie zdziałali, nie potrafiliby stanąć wobec wojska, bojowników z miłością. Mogli rozwijać ojcostwo, które jest właściwe im jako mężczyznom, (duchowe). Tak jak przeor, zrealizował się jako ojciec duchowy dla innych braci, ten młody tez, bo uprawiał warzywa. Jako członkowie wsi mogli realizować swoje ojcostwo, bo byli odpowiedzialni za społeczność, np. lekarz, który całymi dniami leczył ludzi.
Ojcostwo to jedyny aspekt męskości?
Myślę, że główny, bo to jest przekazywanie życia, oni przez swoja posługę oddawali życie.
A ta trudna sytuacja, jak mogła wpłynąć na ich męskość?
- Była wierzchołkiem góry, na która oni się wspinali będąc na tej misji, góry zaufania Bogu. Rozeznali powołanie i musieli podjąć decyzje i ta trudna sytuacja zaprowadziła ich na krzyż. A tych dwóch, co zostało cierpiało, bo z jednej strony Bóg ich zachował od śmieci, ale z drugiej strony mogli zostać i dawać świadectwo. Cierpieli z powodu śmierci współbraci, mogli tez myśleć, ze powinni być zabrani razem z innymi.
Dlaczego warto zobaczyć ten film i komu byś go polecił?
Pokazuje prawdziwe chrześcijaństwo, można zobaczyć jak powinna wyglądać misja w dobrych i złych warunkach (na początku było spokojnie), misja służenia bliźnim, która dotyczy wszystkich ludzi. Żeby być tam gdzie się jest i służyć tym, którzy są blisko. Bracia utrzymywali się sami, ze swojej pracy, robili miód, byli w tym prawdziwymi mężczyznami, myślę, że w ten sposób też odkrywali swoja męskość.
To jest film dla każdego, misjonarzy, kleryków i braci w zakonach, młodych ludzi, dla wszystkich. Pokazuje, że porażka po ludzku wcale nie jest ostatecznie porażką.
Adam




poniedziałek, 28 lutego 2011

Męskie spotkanie_Jacek

Po raz pierwszy brakuje mi słów, aby opisać to co wydarzyło się. Jakiś czas temu Józef zaproponował wspólne spotkanie z facetami u mnie w domu. Do wszystkich wysłał fragment tekstu z Żelaznego Jana Roberta Bly. To był fragment mówiący o braku ojca. Taki też miał być temat naszego spotkania. Po raz pierwszy mieliśmy jednak świadomie zebrać się, aby rozmawiać. Do tej pory rozmowy te ważne i mniej odbywały się w tle: wyjazdów, spotkań. Ucieszył mnie gdy Józef jakiś czas temu zaproponował tego rodzaju spotkanie. Już od dawna miałem bowiem świadomość, że takie rozmowy choć trudno je zainicjować wśród facetów, są potrzebne i ważne.

Spodziewałem się, że będzie nas czwórka maxymalnie piątka facetów. Ostatecznie było na dziesięciu. Każdy przyniósł coś do jedzenia, pojawiły się jakieś wina. Kiedy otworzyliśmy pierwszą butelkę pomyślałem przez chwilę, że nasz pomysł właśnie rozwiewa się. I tu zaimponował mi Józef, który przejął inicjatywę i rozpoczął spotkanie. Ja ewidentnie nie lubię prowadzić takich grupowych spotkań. To był wieczór świadectw. Rozpoczął Józef, potem ja, a potem potoczyło się. Do dziś jestem w szoku bo myślałem, że chłopakom będzie trudno otworzyć się i dzielić własnym doświadczeniem. To było niesamowite. Może zabrzmi to górnolotnie, ale czułem się tak jakbym uczestniczył w czymś świętym. Do dziś trudno mi o tym mówić i nawet nie chcę mówić zbyt wiele, mam bowiem poczucie, że to co wydarzyło się wtedy w trakcie spotkania, powinno zostać miedzy nami.

To spotkanie uświadomiło mi po raz kolejny, czego doświadczyłem już sam wcześniej w relacji z moim ojcem. Uświadomiło mi, że każdy chłopiec, chłopak, mężczyzna potrzebuje potwierdzenia ze strony swego ojca. Potrzebuje usłyszeć że ojciec jest z niego zadowolony, dumny. Sam tego po latach doświadczyłem i wiem, że to był punkt przełomowy w mym życiu. Bez tego nie byłby w tym miejscu w którym jestem, nie robiłbym tych wszystkich rzeczy, nie spotykałbym tych wszystkich ludzi którzy co chwilą pojawiają się w moim życiu. To spotkanie uświadomiło mi też, że nie ma znaczenia kim był i kim jest nasz ojciec, potrzebujemy jego akceptacji, miłości. To czyni nas mężczyznami, którzy potrafią dzielić się sobą, którzy nie są skupieni już na szukaniu potwierdznia w świecie, w kobietach, w kasie, w gadżetach, w ekstremalnych przygodach. Potrzebujemy miłości i uznania, aby porzucić spragnione JA i zacząć być dla innych.

Panowie, dziękuję wam za świadectwo i wspaniałe spotkanie.

czwartek, 11 lutego 2010

Męska wyprawa w Tatry - czyli "głupim" trzeba być

Jacek
Mój kolega z byłego miejsca pracy, nazwijmy go tu pan S. miał takie powiedzenie - Baby głupie są i już. Mnie daleko do męskiego szowinizmu, koledze pewnie też, ale mógłbym się pokusić o pewnego rodzaju modyfikację tego hasła i zaproponować następujące motto życiowe, po naszym z Jankiem wyjeździe- Głupim trzeba być i już.

Tak sobie bowiem uświadomiłem któregoś dnia, że aby wejść w pewne sytuacje to trzeba być po prostu "głupim", znaczy nie zdawać sobie sprawy ze wszystkich konsekwencji naszego działania. Bo jak już człowiek zacznie wyciągać te wszystkie ale, to... paraliż gotowy.
Tak samo było z wyjazdem w góry. Gdybym tak przed wyjazdem usiadł i pomyślał, spróbował sobie wyobrazić jak to będzie, kiedy po kilku godzinach łażenia, bez kondycji (bo od dwu miesięcy) nic nie trenowałem, będę wchodził pod górę, przez jakieś 45 minut, non stop. I gdybym wyobraził sobie ten wysiłek który będzie towarzyszył każdemu krokowi, to łapanie oddechu i świadomość, że jeszcze nie wiadomo jak długo do cholernego końca tej góry, to - zostałbym w Warszawie:) A zatem - Głupim trzeba być i już.

Ponoć ludzie dzielą się na tych co: myślą a później działają i tych co najpierw działają, a później myślą. Jeszcze rok temu zaliczyłbym się do jeszcze innej kategorii. A dokładnie do kategorii ludzi, którzy myślą, później jeszcze myślą i jeszcze myślą, a w końcu tłumaczą sobie, że to działanie to i tak by było bez sensu. Na szczęście Szef czuwa nade mną i uczy mnie nawet wtedy, kiedy nie mam na to najmniejszej ochoty. Dzięki temu ostatnio zacząłem być w końcu trochę "głupi". I Bogu dzięki, bo tylko dzięki temu wreszcie zamiast myśleć tylko, zacząłem też działać. I co więcej, mieć z tego wielką radochę.
Bo gdybym tak np. kiedy w czerwcu ubiegłego roku rozmawialiśmy z Józefem, że fajnie byłoby coś zrobić z facetami i dla facetów, którzy są wokół nas, zaczął przewidywać ile to rzeczy trzeba zrobić aby zorganizować taki np. wyjazd, albo zrobić bloga, o czym nie miałem zielonego pojęcia - to pewnie dałbym sobie spokój i machnął ręką. A tak, po prostu zaczęliśmy działać i kiedy teraz patrzę wstecz, to jestem pod wrażeniem ile udało nam się razem zrobić, w ilu miejscach byłem, ile super ludzi poznałem. A zatem - Głupim trzeba być i już.

Wracając zaś do wyjazdu z Jankiem. Jak zwykle było rewelacyjnie. Przyjaźnimy się z Jankiem juz od wielu lat i lubię spędzać z nim czas. Dzięki niemu też polubiłem znów góry, do których przez lata miałem dużą awersję. Polubiłem to zmęczenie które towarzyszy wysiłkowi wdrapywania się pod górę. Przypomniałem sobie, że przez lata brakowało mi tego fizycznego wysiłku, który znajduję też w górach. Nie ma nic lepszego jak wrócić zmachanym, usiąść w dobrej knajpce, zjeść dobry obiad i odpoczywać - po wysiłku. Myślę, że my mężczyźni, po prostu potrzebujemy tego, aby czasem pot lał się nam za przeproszeniem z tyłka. W Warszawie nieczęsto jest ku temu okazja. Czasem trafi się jakiś remont, czasem wysiłek przy uprawianiu sportu, ale w terenie jest jeszcze coś extra - piękne widoki. I to co lubię - poczucie, że ten facet obok, tak jak ja też walczy ze swoim zmęczeniem, ze swoją słabością.

A poza tym mieliśmy codzienne, wspólne laudesy. To dzięki Jankowi zacząłem modlić się codziennie laudesami - za co w tym miejscu - wielkie dziękuję.

środa, 3 lutego 2010

Zimofa draka - Jacek

Po powrocie z tej wyprawy po raz pierwszy miałem problem, żeby powiedzieć czy byłem zadowolony czy nie. Kurczę po raz pierwszy brakowało mi słów. Dopiero kiedy Józef podesłał mi film zmontowany ze zdjęć z naszej wyprawy znalazłem odpowiednie słowo określające ten wyjazd - DRAKA.

Draka - potocznie rozróba, chryja, awantura, szarpanina, bitka Dokładnie takie mam wspomnienia z tego wyjazdu. Draka kojarzy mi się przede wszystkim z facetami i dokładnie taki był ten wyjazd - nie tylko z założenia, był męski i mocny od początku do końca.

A zaczęło się dla mnie klasycznie, czyli awarią samochodu. Kilkanaście dni przed wyjazdem padło wspomaganie kierownicy. Oddałem samochód do mechanika, który dość szybko sobie z tym poradził. Jako, że zajmowałem się zakupami i tym podobnymi rzeczami samochód był mi potrzebny. Szczególnie, że musiałem znaleźć gdzieś dętki na których mieliśmy robić kulig. Zacząłem obdzwaniać i objeżdżać rożne zakłady wulkanizacyjne. O dziwo, kiedy rozmawiałem z facetami i tłumaczyłem im po co mi te dętki, nie patrzyli na mnie jak na wariata, ale pomagali jak mogli. W końcu dotarłem do faceta, który obiecał mi załatwić super grube ruskie dętki, które odbierałem na jakimś osiedlu w środku nocy - jednym słowem DRAKA.

Jechaliśmy do Jabłonowa na dwa samochody. Plan był taki, jednym samochodem jadę ja, drugim Janek. Ja, Józef i Arek mieliśmy wyjechać o 18. Zapakowałem się z Arkiem i kiedy czekaliśmy już tylko na Józefa okazało się, że wspomaganie kierownicy diabli wzięli. Myślałem, że coś mnie trafi, miałem ochotę zadzwonić do swojego mechanika i zrobić awanturę, tyle, że nie miałem do niego komórki. W końcu po przyjściu Józefa zdecydowaliśmy się pojechać do Arka i pojechać jego samochodem.

Druga ekipa z Jankiem, Łukaszem, Stanisławem miała wyjechać o 20. Ale, najpierw chłopaki nie mogli się zebrać, a później mieli jakąś awarię więc wyjechali kilka godzin później - jednym słowem DRAKA. I tak już było do końca wyjazdu.

Po dotarciu z dużym opóźnieniem, przez zasypane drogi okazało się, że część planów wzięła w łeb - jednym słowem DRAKA. Rano też było ciężko ogarnąć całą ekipę, gdyż ciągle czegoś brakowało, ciągle po coś wracaliśmy - jak dla mnie DRAKA.

I ledwo przeszliśmy kilkaset metrów zaczęło się: rzucaniem gałami, skakanie w zaspy inicjowane przez animatorów wszelkich wyjazdowych szaleństw, czyli Janka i Łukasza - jednym słowem niezła CHRYJA. Do tego panowie zamiast pomóc Stanisławowi wydostać piłkę, która niechcący wykopałem na podwórko jakiegoś gospodarza, wrzucili Stanisława twarzą centralnie w zaspę, kiedy zawieszony na siatce próbował ją wyciągnąć. Jednym słowem niezła DRAKA.

Chwilę później toczyła się już regularna wojna na śnieżki, między ekipą która wdrapała się na myśliwska ambonę, a resztą dla której nie znalazło się miejsce. I tak już cały czas, po przejściu kilkuset metrów okazywało się, że Janek, Lukasz i czasem Arek toczą regularną bitwę w jakiejś zaspie śniegu. Ile tych bitew się rozegrało ciężko powiedzieć, ale było ich dużo, sam znalazłem się kilka razy w śniegu z Jankiem lub Łukaszem na klacie, którzy koniecznie chcieli mnie utopić w jakiejś zaspie:)

Pierwszy kulig, bo były w końcu dwa, to też było mocne wydarzenie. Jechaliśmy podczepieni do dużych sań, które były znów podczepione do ciągnika. Nie pamiętam ile sanek było podpiętych, ale sporo, a facet w ciągniku zachrzaniał ostro. Zaliczyłem jako chyba jeden z pierwszych jazdę na dętce podpiętej na samym końcu - i było ostro. Śnieg wchodził od spodu, sypał w oczy - ostra jazda- nic nie było widać. Zresztą po tym jak przesiadłem się na sanki nie było dużo lepiej, starałem się trzymać sanek i nie zlecieć z nich, a przy tej prędkości to nie był wielki problem. Zresztą kilka wywrotek było. Przez chwilę nawet zamarłem jak jadącemu na sankach przede mną Łukaszowi wciągnęło nogę pod płozę - zanim ciągnik zatrzymał się trochę to trwało i przez ten czas widziałem już oczyma wyobraźni, połamane kości. W życiu nie byłem na takim kuligu. Zresztą po wszystkim wydaje mi się, że niewiele brakowało aby ten kulig skończył się dla kogoś jakimś złamaniem, zresztą ranny był - Arek, który dostał centralnie w oko gałą od jakiegoś kolesia który jechał w dużych saniach. Niezła DRAKA.

Dużo jeszcze było ostrych sytuacji w trakcie tego wyjazdu i długo by o tym pisać, wspomnę więc już tylko o jednej historii. Drugiego dnia był plan abyśmy na dętkach które mieliśmy, pozjeżdżać z górki która miała być w okolicy. Niestety okazało się, że nie dało rady. Śnieg był za mało ubity, część ekipy wróciła więc po samochód Janka, którym postanowiliśmy zrobić drugi kulig. Zostałem Ja, Józef, Łukasz, Arek i Stanisław. Nie pamiętam już kto wpadł na pomysł, aby związać wszystkie dętki, wsadzić kogoś do środka i spuścić z góry. Zresztą nieważne, pomysł był totalnie od czapy, ale oczywiście zrobiliśmy to. A odważnym, który zdecydował się na ten totalnie odjechany eksperyment był Łukasz. Pierwsza próba zapowiadała już ostra jazdę, a było to zaledwie kilka metrów. Za drugim razem Łukasz stoczył się do końca. Nie będę ukrywał wyglądało to na czysty obłęd i nie wiem jak chłopaki, ale ja do końca nie wiedziałem czy nie skończy się to jakąś totalną chryją. Na szczęście nasz pilot oblatywacz wyszedł z tego bez uszczerbku na zdrowiu.

Po prostu draka goniła drakę i tak przez cały wyjazd.

Ach i taka ciekawostka. Przed wyjazdem mieliśmy w głowie z Józefem trochę planów pod kątem tego wyjazdu, ja nawet miałem nie tylko plany, ale koperty z przygotowanymi zadaniami, zabawami itp. Ale na tydzień wcześniej przemodliliśmy cały wyjazd i na koniec otworzyliśmy losowo pismo, żeby zobaczyć co Bóg chce nam powiedzieć odnośnie tego wyjazdu. I wiecie co to był fragment o ile dobrze pamiętam z Ezechiela, mniej więcej w tym tonie. Wy sobie planujcie, a ja i tak zrobię swoje! I tak dokładnie było, mieliśmy mnóstwo planów, a wszystko szlo, ale czesto obok tych naszych zamierzeń. W sumie ze stałych elementów naszego planu, udało nam się dokładnie to co zapisaliśmy zaraz po przyjeździe na tablicy. Czyli laudesy i śniadanie. Reszta była po prostu DRAKĄ.

No i na zupełny koniec:
Dzięki wielkie Zwierzak i reszta ekipy z Jabłonowa za zaangażowanie i pomoc. Stanisław, czasem już nie miałem sił słuchać twoich sporów, ale mimo to dzięki za ferment i za dobrą rozmowę w drodze powrotnej. Arek super było pogadać. Józef dzięki za pociągnięcie wyjazdu. Łukasz, Janek - jak kiedyś na świecie będzie prawdziwy kryzys energii to będziecie na to lekarstwem, dawno nie spotkałem facetów z takimi zapasami energii. Ach i jeszcze Janek dzięki za stalowe nerwy, gdyby nie ty to nasz powrót mógłby skończyć się totalną draką. Paweł, Maciek - dzięki za wspólną grę, mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja lepiej się poznać.

środa, 18 listopada 2009

Spotkanie w Lanckoronie - 13 listopada 2009

Jacek

Trudności
Jak zwykle nie obyło się bez trudności. W dniu wyjazdu co chwila, w pracy pojawiały się nowe sprawy, które "musiały" być zrobione na już. Był nawet moment kiedy bałem się, że nie wyrwę się z biura. W końcu z godzinnym opóźnieniem wsiadłem do samochodu. Czułem się zmęczony, dniem i ostatnimi tygodniami. Od kilku bowiem tygodni nie miałem wolnego weekendu. Przyszedł więc taki moment kiedy zacząłem zastanawiać się jaki jest sens jechania 360km od Warszawy na właściwie jednodniowe rekolekcje. W końcu mam wspólnotę, konwiwencje. Może powinienem zawrócić i usiąść wreszcie w domu na tyłku by odpocząć - myślałem.
Na szczęście znów przypomniały mi się te wszystkie trudności, wątpliwości które pojawiały się ilekroć próbowałem gdzieś pojechać, coś zrobić. Dodałem więc gazu i odpędziłem te wszystkie wątpliwości.

Wrażenia
To był kolejny weekend dla mężczyzn organizowany przez wspólnotę Męzczyzni św. Józefa. Tym razem temat konferencji brzmiał - mężczyzna wobec grzechu.
Pycha, zazdrość, gniew, obżarstwo, lenistwo, chciwość, nieczystość. Mnie osobiście dotknął grzech pychy. Już w trakcie konferencji. Ciągle bowiem miałem wrażenie, że gdybym to ja prowadził tę konferencję zrobiłbym to dużo lepiej. Musiałem zmagać się z tym do końca. Przede wszystkim widzę swą pychę w poczuciu, że tak naprawdę ja wiem lepiej od Boga co dla mnie lepsze.
Owszem są takie sytuacje kiedy czuję się bezsilny i wtedy oddaję Bogu swoje życie w danej sytuacji, w danym obszarze, ale widzę też jednocześnie, że do czasu tych rekolekcji nie byłem nigdy w stanie powierzyć Bogu całego swego życia. Zawsze bowiem bałem się, że On będzie chciał dla mnie rzeczy które wcale mi nie odpowiadają. Bałem się bowiem, że Bóg będzie chciał ode mnie czegoś na co ja nie mam kompletnie ochoty. Ale konkretnie. Nie przechodziło mi przez gardło powiedzenie - dobra Boże rób co chcesz, chcesz abym był prezbiterem - ok, chcesz, żebym żył w samotności - ok itd. Mam w sobie pragnienie bycia mężem i ojcem. Co więcej przez ostatnie miesiące prosiłem aby Bóg odbudował, zbudował na nowo relację z konkretną kobietą. Modliłem się aby otrzymać łaskę bycia jej mężem. I widzę, że myśl, że Bóg może mieć dla mnie inny plan jest dla mnie nie do przyjęcia.
Tam w Lanckoronie, po raz pierwszy powiedziałem, ok rób co chcesz. Wbrew sobie, ale po raz pierwszy powiedziałem to. I poczułem spokój, nie strach, ale spokój. Nadal jednak widzę, że pragnienia mojego serca nie zmieniły się. Ale wiem już po co miałem pojawić się na tych oddalonych o 360km od Warszawy rekolekcjach.
Po to aby zobaczyć swój grzech. Po to aby zobaczyć swój strach. Po to aby oddać się Bogu. Nie wiem czy ten krótki moment ma dla Niego jakieś znaczenie.

Potwierdzenie
Kiedy jechaliśmy w Pieniny z chłopakami nic nie wskazywało na to, że będzie dobra pogoda, wręcz przeciwnie. Kiedy jechałem do Lanckorony było dokładnie tak samo. I co? Pogoda była rewelacyjna, więcej, nie miała prawa być aż tak dobra. I po tym poznaję, że Bóg jednak dba o mnie i w taki też sposób mówi mi, tak, chciałem żebyś tam był.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Spotkanie w Lanckoronie - 20 lipca 2009

Jacek

Na wspólnotę Mężczyźni św. Józefa trafiłem w trakcie pracy nad tym blogiem. Któregoś dnia postanowiłem sprawdzić w internecie, czy są jacyś ludzie, którzy tak jak my z Józefem, próbują coś robić z innymi mężczyznami. I trafiłem na ich stronę internetową. Kiedy zacząłem ją przeglądać okazało się, że organizują w Lanckoronie, specjalny weekend pod hasłem Praca wśród mężczyzn. Wysłałem swoje zgłoszenie od razu. To zaproszenie spadło mi z nieba. Czasem, tak jak w przypadku tego weekendu mam poczucie, że dostaję od Boga więcej niż byłbym w stanie sobie zamarzyć. Ideą przewodnią tego spotkania była odpowiedź na pytanie kim jest mężczyzna XXI wieku?, oraz zachęcenie przybyłych do integrowania z Bogiem innych mężczyzn.

Na blogu znajdziecie dwie rzeczy dotyczące tego spotkania.
- w rubryce "Linki inne" - skrót wykładów prowadzonych przez Donalda Turbitta;
ewentualnie gdbyście chcieli usłyszeć więcej to zapraszam na stronę Mężczyżni św. Józefa
link jest na naszym blogu w rubryce "Linki"
- w rubryce "Do poczytania" - kilka moich wrażeń z tego wyjazdu

czwartek, 9 lipca 2009

Dziennik wędkarza_lipiec_2009


Józef

To była piękna wyprawa. Przede wszystkim dlatego, że dużo się na niej działo i dużo się też w trakcie jej trwania nauczyłem. Wszystko to czego tam doświadczyłem zostało w mej głowie i mam nadzieję że choć trochę w sercu. Czterech facetów - trzech młodzieńców poszukujących przygód i wrażeń oraz jeden doświadczony jegomość.

Dwa auta zapakowane po brzegi sprzętem wędkarskim, namiot, kilka rzeczy osobistych, trochę prowiantu, wody do picia i duża ilość preparatu na komary. Cel trasy rzeka Narew. Przewidziany czas wyprawy - dwa dni. Wyruszyliśmy wcześnie. Wszystko zapowiadało się zwyczajnie, najpier

w przeprawa przez betonową dżunglę - jak codziennie zresztą:-) Nie wszyscy się znamy, więc krótkie przywitanie i w drogę. Kilka wdechów świeżego powietrza poza granicami miasta i jedziemy dalej. Krótki postój w pobliskiej miejscowości i prujemy nad rzekę. No i trach! Dojechaliśmy do niewłaściwego miejsca a na dodatek nasze auta ugrzęzły w błocie tuż przed samą rzeką. Troszkę nerwów, holowanie i po sprawie, tylko że wyciągnęliśmy jednego a drugi ugrzązł tak, że trzeba podskoczyć do pobliskiej wsi po traktor. Niestety nie udało się zdobyć pomocy mechanicznej. Pożyczono nam tylko podłamaną łopatę i dwa kawałki drewna pod koła. Ulepieni w błocie i spoceni niemiłosiernie ledwie unikamy sprzeczki z jakimś tubylcem i skręcamy we właściwą tym razem stronę. Ekipa w jednym aucie chcąc ominąć jakiś kamień na leśnej drodze nieomal zawisła karoserią na niewidocznym korzeniu wystającym na skraju drogi. Okazuje się, że układ kierowniczy nie funkcjonuje jak powinien po tym zderzeniu z korzeniem drzewa. Już wiemy, że d

roga powrotna będzie długa i mogą być problemy. Tymczasem bierzemy się w garść i dobijamy do celu. Miejscówka jednak nie nadaje się na założenie łowiska, rzeka wezbrała w tym miejscu, tak, że nie da się łowić. Cóż szukamy innego miejsca. Znaleźliśmy względne miejsce i rozbijamy obóz. Bogdan jako kierownik wyprawy dba o to, żebyśmy sprawnie przygotowali miejsce pod obóz. Po zniwelowaniu kilku górek rozbijamy namiot , znosimy sprzęt i urządzamy się tak, żeby wszystko grało. Bogdan zapalony i doświadczony wędkarz wydaje tylko dyspozycje a reszta działa pod jego czujnym okiem. Już w tym momencie czuję się jakoś dziwnie. Trochę wędkowałem wcześniej. Znam sie na tym, poradzę sobie tak jak ze wszystkim. Przecież wychowując się bez ojca zawsze sam musiałem sie wszystkiego uczyć i sam sobie radzić ze wszystkim. Nawet, kiedy ktoś mi chciał pomóc, podpowiedzieć, to ja brałem to za atak na mnie. Myślałem, że nie mogę pokazać, że czegoś nie umiem. Nie jestem ciotą i dam sobie radę. Potrzebowałem sporo doświadczenia i lat żeby zmieniło mi się myślenie w tej kwestii. Nigdy nie będę potrafił wszystkiego i nie oto chodzi w męskiej wędrówce jak słusznie zauważył John Eldredge, którego książki w porę zacząłem czytać.ale wróćmy do wyprawy. Jednak nikt w zasadzie mnie nie uczył łowić ryb. Co prawda wyruszałem na stawy i bagienka ze szwagrem, wujkiem jednak oni nie tłumaczyli wszystkiego. Sam musiałem przyglądać się im jak łowią i kopiować ich a później, kiedy byłem starszy łowiłem nie wiedząc, że popełniam głupie błędy i nie było nikogo kto by mnie nauczył je korygować. Teraz jest ta okazja. Bogdan chętnie udziela rad i poucza cierpliwie. Każde pytanie jest ważne, nikt tu się z nikogo nie naśmiewa. Najstarszy dzieli się doświadczeniem z resztą. Nie wszyscy jednak

chcą słuchać. Adam robi po swojemu. Różnie mu to wychodzi ale w końcu daje się złamać i przyjmuje kilka cennych wskazówek od Bogdana. Nigdy nie łowiłem na rzece i nigdy nie zbroiłem wędki na grunt. Jakże mi brakowało tego ojcowania, które teraz dostrzegam we wskazówkach Bogdana. Bogdan sporo przeżył. Niedawno miał szereg ciężkich operacji. Ostatnia była na otwartym sercu! Dobrze posłuchać użytecznych rad nie tylko o wędkowaniu od takiego gościa. Późnym wieczorkiem będzie czas na męskie rozmowy przy ognisku. Tymczasem wyciągamy jakieś rybki. Jakiś leszcz, okoń, nawet mały sum niefortunnie zahaczył się na moja wędkę. Cieszę się jak dziecko, że coś złowiłem a Bogdan mówi: "chłopaki jak będzie odpowiedni poziom wody w rzece to przyjedziemy jeszcze a wtedy to wam pokażę jakie sie ryby łowi, wy też będziecie takie ciągnąć sztuki, że...." W końcu ryby całkiem przestają brać a my za to rozmawiamy o filozofii - Jacek z wykształcenia jest filozofem, mi też zdarzyło się ugryźć trochę filozofii studiując ja przez cztery semestry akademickie! Było o czym rozmawiać - Bogdan też miał sporo do powiedzenia! Później rozmowa popłynęła na wody religii by zacumować nad rzeczywistością w jakiej jesteśmy. Szczególnie cenne dla mnie były rozmowy dotykające problemów małżeńskich Jako roczny mąż mam ich nie mało a doświadczeniem też nie grzeszę w tych sprawach więc na rozmowach upłynęło nam ładnych parę godzin. Wsuwamy się w śpiworki jak larwy o godzinie pierwszej w nocy by za 3 godziny obudzić się i zapolować na jakąś drapieżną rybkę....... Dalej nie będę pisał bo wyjdzie pamiętnik hehe. Dodam tylko, że najbardziej utkwiły mi w pamięci nasze szczere rozmowy i dzielenie się swoimi doświadczeniami a przy okazji skorygowałem kilka błędów w moim wędkowaniu. Z pewnością to nie ostatnia wyprawa w tym składzie. Już planujemy następną. To były tylko przedbiegi jak mówią zawodowcy:

-) Na koniec powiem, że mimo tak krótkiego czasu jaki spędziłem poza betonową dżunglą mam wrażenie jakby mnie nie było w mieście przynajmniej z tydzień słowo daję takie mam odczucia.

Jacek

Początki były trudne. Jadąc przez las, próbowałem ominąć kamień i nadziałem się na korzeń. Skutkiem tego, coś uszkodziłem w saabinie. A potem zakopaliśmy oba samochody, próbując podjechać jak najbliżej rzeki. Ale to był akurat jeden z fajniejszych momentów, przynajmniej z mojej perspektywy. W końcu planowaliśmy męski wyjazd, więc Bóg zatroszczył się o przygody i wyzwania. Utknęliśmy.

Po kostki w błocie, zdani na siebie i ewentualną pomoc. Na szczęście dzień wcześniej w tym samym miejscu zakopali się faceci, którzy tak jak my przyjechali na ryby. Dzięki ich pomocy udało nam się wyciągnąć samochód Adasia. Później przy pomocy pożyczonego, rozsypującego się szpadla i kilku kawałków desek wzięliśmy się za wyciąganie z błota mojej saabinki. Ja siedziałem za kierownicą, Adaś ciągnął mnie swoim samochodem za hak, a chłopaki pchali z przodu. Nie powiem, trochę błota latało w powietrzu. Ale to właśnie jest smak przygody. W końcu udało się.

Kiedy już znaleźliśmy dla siebie miejsce, zajęliśmy się rozkładaniem biwaku. A później oczywiście wzięliśmy się do wędkowania. Mnie, przyznaję, brakuje cierpliwości, a ze ryby specjalnie nie brały porzuciłem dość szybko sterczenie nad kijem. Później wróciłem jeszcze, ale już do spiningowania, które jest dużo bardziej aktywną formą wędkowania. Polega na rzucaniu i ściąganiu przynęty i tak raz za razem. Jak dla mnie dużo ciekawsze, niż łowienie na tzw. grunt. W tzw. międzyczasie sporo rozmawiałem z Bogdanem. I to była dla mnie ważną część naszego wyjazdu. Rozmawialiśmy najogólniej o życiu. Dwie rzeczy jakoś bardzo poruszyły mnie w naszych rozmowach. Jakiś czas temu staliśmy razem z Bogdanem po liturgii, rozmawiając. W trakcie tej rozmowy zaproponowałem mu, ze jak chce mogę odwiedzić go w pracy. Do spotkania nie doszło. Bogdan jednak w trakcie tego wyjazdu wrócił do tego i zaczął przepraszać mnie. Myślał, ze proponując, ze odwiedzę go w pracy, na męski sposób dawałem mu sygnał, ze chcę pogadać, a on nie znalazł na to czasu. Śmiesznie, bo ja proponowałem takie spotkanie myśląc, ze to on potrzebuje pogadać. Ta sytuacja uświadomiła mi jedną, ważna dla mnie rzecz. Moje słowa nie giną. Czasem mam poczucie, szczególnie w ostatnich historiach z Anią, ze to co mówię, robię nie ma znaczenia, przechodzi zupełnie bez echa. Ta sytuacja pokazała mi, ze jest inaczej, ze moje słowa mają znaczenie, ze to co mówię, robię zostaje w innych. Druga rzecz, która mnie poruszyła w trakcie naszych rozmów, to, ze tak naprawdę wiele rzeczy przezywamy tak samo bez względu na to, czy mamy 15 cz 60 lat i to jest pocieszające:) Ten wyjazd uświadomił mi, po raz kolejny już, ze dla mnie ważne jest to co robi się razem, to, ze mogę się czegoś nowego nauczyć przebywając w gronie fajnych facetów. To co dla mnie jest najważniejsze, także w trakcie takich wyjazdów, to bliskie spotkanie, to dobra rozmowa, dzielenie się tym co w nas. Widzę, ze był taki czas kiedy tej bliskości, rozmów szukałem głównie u kobiet. Przez wiele lat mojego życia, jakoś lepiej rozmawiało mi się z kobietami. Z facetami było dużo gorzej. Od jakiegoś czasu, moje życie układa się jednak tak, ze bliskość zaczynam budować w relacji z mężczyznami. To z nimi głównie rozmawiam. Nie żebym uciekał od kobiet. Z jednej strony ostatnio moje życie układa się tak, że spotykam się głównie z mężczyznami. Z drugiej zaś strony któregoś dnia dotarło do mnie, że potrzebuję czegoś więcej niż ...szukanie zrozumienia u kobiet, wypłakiwanie się w ich obecności, nie wiem jak to nazwać. Wiem tyle, że kiedy rozmawiam o swoich trudnościach z mężczyznami, widzę, ze mierzymy się z podobnymi problemami. Oczywiście nadal ważne są dla mnie spotkania i rozmowy z kobietami, gdyż pomagają mi one lepiej rozumieć ten jakże inny i czasem tajemniczy świat. Jednak dobrze jest wiedzieć, że mój męski sposób widzenia świata, siebie, relacji - nie jest "szaleństwem" - ale właśnie naszym męskim spojrzeniem, w którym nie jestem osamotniony - a tę świadomość dają mi właśnie spotkania z mężczyznami.

Strzały:

był taki moment kiedy chłopaki łowili, a ja stałem z boku. wtedy w moją głowę zaczęła wbijać się myśl, ze moze ze mną jest coś nie tak, bo nie robię tego co oni; ta myśl na chwilę odebrała mi radość z wyjazdu - widzę jednak, ze te myśli nie są ode mnie;

kilka dni temu miałem podobną sytuację, po squashu pojechałem z Łukaszem na basen i w pewnym momencie złapałem się na tym, ze nie cieszy mnie to, ze jesteśmy razem na tym basenie, ze mogę sobie spokojnie popływać; w moje myśli zaczęła wciskać się myśl, ze Łukasz pływa lepiej ode mnie i ze nigdy nie nauczę się pływać kraulem - widzę, ze te myśli zabierają mi radość z tego co robię, może faktycznie to nasze życie to walka i jest ktoś co cały czas próbuje nam zabrać radość z życia

czwartek, 2 lipca 2009

w Drodze ku męskości - co to dla mnie znaczy?

Janek

Zastanowił mnie ten tytuł a przede wszystkim to "do męskości". Myślałem o tym kilka wieczorów leżąc w łóżku zasypiając. Z racji tego, że zasypiam w kilkanaście sekund, to w sumie moje przemyślenia miały swój koniec podczas porannego prysznicowania się

Wg. mnie dziś idea męskości nieco różni się od tej, która jeszcze kilkadziesiąt lat temu była propagowana i przestrzegana. A i chyba moja własna definicja męskości różni się od tej, która wsącza mi telewizja czy internet. To co odnajduję w mediach, to lekko opalony mężczyzna bez jakiegokolwiek fałdziku tłuszczu na brzuch (obowiązkowy kaloryfer!) a za to z 3-dniowym zarostem i ogoloną klatką piersiową. Wokół kilka dziewczyn, drink w dłoni i ogólny luz, bo... jemu wszystko się należy i on jest bogiem

Moja definicja jest nieco inna, tzn. pewnie wypływa z mojej sytuacji, choć z drugiej strony nie do końca. W mojej sytuacji męskość, to bycie wsparciem dla żony w kwestii wychowania i opieki na malcami czy nawet kwestia zwykłej obecności w domu - pomoc w codziennych sprawach i działaniach. Męskość to także kultura bycia - nie wieczny luz, ale właśnie odpowiedzialność, czułość czy troska o żonę i córki.

Czytając w to można wpaść w pułapkę, bowiem single mogłyby pomyśleć -> mnie to nie dotyczy. Nic bardziej mylnego. Wydaje mi się, że osoby, które nie są jeszcze w węźle małżeńskim (węzeł jako nierozerwalność a nie koszmar i coś co człeka dobija), także powinny wykazać się męskością. Mam na myśli gotowość do bycia pomocnym, odwagę nawet w sytuacjach koniecznych do użycia siły (np. obrona kogoś przed kimś) czy zdolności organizacyjne i techniczno-manualne. Dla mnie męskość, to bycie szarmanckim w stosunku do kobiet, to także kultura języka i obycie (rozumiane nie jako lans towarzyski, ale jako dobre wychowanie)

Z drugiej strony zdaję sobie sprawę (patrzę na siebie samego), że nie wszyscy muszą być tytanami techniki czy organizacji (w tym to akurat jestem bardzo mocny), ale mam cichą nadzieję, że czytając to, każdy będzie wiedział co mam na myśli...

Męskość to nie centymetry i promile a uzdolnienia, z którymi warto współpracować i dobrze posługiwać się w codziennym życiu.


Józef

Moja wędrówka, która zaprowadziła mnie do tego aby wejść w projekt z Jackiem, w zasadzie rozpoczęła się na drodze akademickiej, a konkretniej na zajęciach z antropologii kulturowej, która mnie bardzo wciągnęła. Nie ukrywam, że jakiś wpływ na to miał mój wykładowca, który potrafił zaciekawić owym przedmiotem. Zastanawiając się nad tematem pracy zaliczeniowej postanowiłem odnieść się do tego co mnie ciekawi, trapi, zastanawia i fascynuje zarazem. A mianowicie. Widząc rozrastające się ruchy feministyczne, oraz zauważając syndrom Piotrusia Pana wśród mężczyzn w społeczeństwach Zachodu, zastanawiałem się jak wygląda proces stawania się mężczyzną w innych kulturach. (zob. W.Eichelberger - Piotruś Pan, Epidemia. Gazeta Wyborcza 09.03.09) Stąd powstała praca - Inicjacja męskości w różnych kulturach. Początkowo miał to być łatwostrawny esej, jednak końcowy produkt okazał się pracą o zabarwieniu naukowym.

Ta praca jest dla mnie początkiem intelektualnej wędrówki ku męskości. W końcowej części pracy wysunąłem też tezę, że inicjacja zbliżona do tej o której mówią antropolodzy, można spotkać tylko w instytucjach totalnych, takich jak wojsko czy zakony, a co dalej? Tego nie rozwinąłem. Praca może wydawać się niedokończona. Próbą odpowiedzi na nią jest nasza misja, która oby pokazała, że możliwa jest inicjacja męskości tu i teraz, w gronie mężczyzn i co istotne również w gronie doświadczonych ojców, mentorów.


Zachęcam do lektury napisanej przeze mnie pracy - znajduje się ona na blogu, w rubryce "Do poczytania".


Jacek

...Może istota męskości tkwi tak naprawdę w tym, na jakie pytania próbujemy sobie odpowiedzieć w naszych działaniach. czy jestem silny? Czy wytrzymam? Czy jestem odważny? Kiedy patrzę na swoje życie, na to co robiłem i robię, widzę, że u podstaw moich decyzji, postanowień, działań, leży próba zmierzenia się z tymi pytaniami...

Całość tekstu znajduje się na blogu, w rubryce "Do poczytania"


poniedziałek, 29 czerwca 2009

Męska wyprawa - zerówka - wrzesień 2008

Jacek
Zerówka odbyła się we wrześniu 2008 roku. Zaczęło się od tego, że od jakiegoś już czasu rozmawiałem z moim przyjacielem Jankiem aby gdzieś razem pojechać. Ja chciałem odwiedzić pewne gospodarstwo agroturystyczne z hodowlą kóz. Janek chciał przede wszystkim chodzić na długie spacery. Cele mieliśmy zasadniczo różne, ale udało się je pogodzić. Pojechaliśmy więc do miejsca które chodziło mi po głowie, z założeniem, że dnie będziemy spędzać na spacerach po górach, z jednym zastrzeżeniem miały to być spokojne spacery. Pojechaliśmy samochodem. Z Warszawy do Nowego Gierałtowa, gdzie znajduje się Gościnna Zagroda jest jakieś 400km, czyli około 6 godzin jazdy. Dotarliśmy bez problemu. Ja prowadziłem samochód, a Janek rozmowę. Wcześniej korespondowałem mailowo z właścicielką tego gospodarstwa. Wszystko było umówione. Kiedy jednak dotarliśmy na miejsce, właścicielka przywitała nas dość chłodno, nie wiedzieć dlaczego. Rozmawialiśmy przez bramę i nagle zaczęła coś mówić, że nie wie czy ma jeszcze wolne miejsca. Byłem totalnie zaskoczony, bo wcześniej robiłem rezerwację, poza tym przyjechaliśmy poza sezonem. W końcu po długiej rozmowie pani otworzyła nam bramę. Okazało się, ze poza nami nie ma żadnych gości. Później pani przyznała się dlaczego powitała nas tak chłodno. Okazało się, ze moje maile wyglądały następująco. Jedno, dwa zdania, a pod tym wszystkim niekończąca się korporacyjna stopka. Pani Barbara potraktowała więc nas jak snobów z warszawki, na którą i tak już była uczulona. Na szczęście dość szybko przełamaliśmy pierwsze nie najlepsze wrażenia i skończyło się tym, ze regularnie wieczorami lądowaliśmy z dobrym winkiem u naszych gospodarzy. Były więc wieczorne rozmowy i przepyszny kozi ser, którym przegryzaliśmy przyniesione przez nas wino.

Dni zaczynaliśmy od wspólnych laudesów. To w trakcie tej wyprawy Janek zaraził mnie poranną modlitwą. Później robiliśmy szybkie śniadanie i wyruszaliśmy na wcześniej zaplanowaną trasę.
W górach spędzaliśmy zwykle cały dzień. Wracaliśmy późnym popołudniem. Mieliśmy do dyspozycji kuchnię więc obiady robiliśmy sobie na miejscu. Wieczorami obowiązkowo oglądaliśmy kilka odcinków serialu który przywiózł ze sobą Janek, a później albo szliśmy do naszych gospodarzy, albo czytaliśmy książki.

CO ZAPAMIĘTAM Z TEJ WYPRAWY.

Na pewno wspólne, poranne laudesy. Wspólne rozmowy. Wyjazd do Lądka Zdroju, gdzie pływaliśmy w jednym z najpiękniejszych basenów jakie kiedykolwiek widziałem, no i oczywiście - dzień w którym Janek zgubił podeszwy od butów.
A było tak. Drugiego dnia, wyruszyliśmy na trasę. przeszliśmy kilkaset metrów, kiedy Janek zorientował się, że chyba odkleja mu się podeszwa. Przeszliśmy jeszcze parę metrów, kiedy okazało się, że faktycznie jego buty po prostu rozsypały się ze starości. Odeszła najpierw podeszwa od jednego, a chwilę później od drugiego buta. Wróciliśmy do domu. Po rozmowie z gospodarzami okazało się, że najbliższy sklep gdzie, może znajdziemy jakieś buty jest w Lądku.
Musieliśmy więc zmienić plan na dzień. W Lądku coś znaleźliśmy, ale, że Janek nie był zbyt przekonany, zdecydował, że nie będzie kupował nowych butów. Postanowił, że będzie chodził w sandałach. Wybieraliśmy więc w miarę łagodne szlaki, czyli w końcu udało się znaleźć kolejny kompromis.

NAJTRUDNIEJSZY MOMENT

Dla mnie najtrudniejszy był pierwszy dzień. W związku z tym, że ja po warszawie poruszam się głównie samochodem, pierwsza wyprawa miała być w miarę łagodna. Okazało się jednak, że mapa swoje a rzeczywiste trasy swoje. Był taki moment kiedy musieliśmy wchodzić kilkaset metrów pod ostrą górę. Zważywszy na moją kondycję, te kilkaset metrów było naprawdę trudne. Ale wysiłek opłacił się. Dotarliśmy na górę. Tam jednak przegraliśmy z maleńkimi muszkami. A tak marzyłem o tym, żeby położyć się i odpocząć na szczycie. Nie dało rady, wsunęliśmy po kanapce i musieliśmy zwiewać przed tymi maleństwami.
Ta ostra wspinaczka uświadomiła mi też jedną istotną rzecz. To, że w swoim życiu, szczególnie w relacji z Anią w sytuacjach kiedy było trudno, kiedy miałem wątpliwości, obawy, wymiękałem, uciekałem, rezygnowałem. Teraz, kiedy już tyle razy zawiodłem, dotarło do mnie, że jedynym sposobem na zbudowanie czegokolwiek, na osiągnięcie czegoś w życiu - jest trwanie w tym. Inaczej nie sposób niczego zbudować.

Janek
SOFT INTRO
Zwykle należałoby napisać coś lekkiego, aby czytelnik nie odbiegł myślami do innego bloga. Wydaje mi się, że jak napiszę, że to był naprawdę bardzo dobry wyjazd, to będzie to celne i trafne.
Pomimo, że był to męski wyjazd, to nie był to AŻ TAK męski w dzisiejszym ujęciu tego stwierdzenia. Nie był to bowiem wyjazd z cyklu „kobiety, wino i śpiew” (lub „cycki, wino i pianino” jak kto woli), ale elementów winno-chmielnych nie zabrakło. Piwem raczyliśmy się raczej jako uzupełnienie minerałów i witamin – nie jako konieczność udanego wyjazdu.
To był naprawdę dobry czas – wspólne wyprawy w góry dawały niesamowitą możliwość rozmowy (z Panem Jackiem tyle w życiu się nie nagadałem!), która nie była zmącona telefonami na biurko, mejlami czy spotkaniami biznesowymi... a przed wszystkim poranne laudesy dające możliwość rozpoczynania dnia inaczej niż wielu…
Taki swoisty Kairos…
DZIEŃ, W KTÓRYM MOJE BUTY POSZŁY WŁASNĄ DROGĄ
Zdarzył się jeden taki dzień w trakcie którego moje buty zdecydowały iść własną drogą. W trakcie marszu na początek szlaku dosłownie odpadły mi podeszwy butów! W sumie nie zdziwiło mnie to jakoś bardzo, bowiem buty te zakupione zostały w roku ’96 bądź ’97 – swoje lata już miały. Dodatkowo przez ostatnie 4 lata nie były w ogóle używane… Miały powód, aby się obrazić i pójść własną drogą Najgorsze w całym tym wydarzeniu było dojście do szlaku – około 40 minut dobrym tempem a dodatkowo konieczność powrotu do domu. A że nie byliśmy już daleko od startu, to powrót w butach bez podeszw a jedynie na wkładkach, które nieznanym mi cudem trzymały się resztki tego co można nazwać butem, wydał mi się mentalnie męczący. Zamiast gór wybraliśmy inne cel: Lądek Zdrój i sklep z butami. Lądek odnaleźliśmy, otwartego sklepu z butami górskimi już nie (najbliższy czynny w sobotę to Świdnica - daleko). Cóż pozostało? Uzdrowisko!
SOLANKA JAJECZNA I INNE UROKI ZDROJOWE
Buty w swoją stronę – my w swoją. Na pierwszy ogień poszło uzdrowisko. Po dobrej kawce w restauracji zdrojowej (tam prawie każda restauracja jest zdrojowa), udaliśmy się na basen jajeczno-maksymalnie wonny. Na szczęście w pobliżu kompleksu uzdrowiskowego był otwarty sklep z kąpielówkami i ręcznikami, więc mogliśmy poczuć się kuracjuszami a dodatkowo mieliśmy pewność, że nas wpuszczą Wraz z Panem Jackiem byliśmy jedynymi, którzy pływają w oczku wodnym mającym może 8 metrów średnicy. Kuracjusze dostojnie moczyli się w cieczy o trudnej do opisania woni (podwórkowi poeci nazwaliby to „zgniłym jajem”). No cóź… my sportowcy i bohaterowie mamy inne priorytety

PONIEWIERKA I SZLAKI
Jeśli chodzi o nasze górskie wyprawy i poniewierki, to pierwsze co zauważyłem, to brak dobrego oznaczenia szlaków. Co prawda przestrzegali nas przed tym nasi gospodarze (o nich będzie kolejny akapit), ale nie brałem sobie tego jakoś bardzo do serca myśląc, że jeśli co roku bywałem w Tatrach (także w zimę), to na pewno będzie wszystko w porządku. Nie było… Na pierwszej wędrówce zgubiliśmy się i niebezpiecznie samowolnie przekroczyliśmy granicę, oddalając się od właściwego szlaku o dobrą godzinę. Wróciliśmy te samą drogą, ale już ta pierwsza poniewierka dała mi do myślenia, że nie będzie tak, że co drzewo to oznaczenie szlaku Innym razem byliśmy na Kowadle – bardzo urokliwe miejsce z dobrym widokiem na okolice. Było wietrznie i lekko pochmurno, ale nie odbierało to możliwości widokowych. Jedynym minusem było to, że… po pójściu w swoją stronę moich butów, musiałem chodzić w sandałach. Wiatr, niezbyt ciepło, kamienie i… moje sandały. Nie polecam! Byliśmy także w zagłębiu wspinaczki skalnej. Tam również nasz szczyt był punktem widokowym. Niestety pogoda nas nie rozpieszczała (lekki wiatr i pochmurno) a i sandały nie dodawały siły, ale i tak wrażenia niezapomniane. Polecam każdemu wyprawę w rejon niezmącony turystami i hałasem. Taki czas, w którym telefon komórkowy pokazuje, że nie jest czymś koniecznym a telewizja okazuje się czymś, bez czego można żyć

GOSPODARZE i WIECZORY
Nasze wieczory i czas po wyprawach, miały jeden stały element – oglądaliśmy na laptopie (a jednak powiew XX wieku!) odcinki serialu Odwróceni. Oprócz tego wspólne przygotowanie obiadów, czas spędzony na czytaniu i graniu w Rome. Bardzo mile wspominam wizyty u naszych gospodarzy – niesamowita rodzina. W pewnym sensie czas jakby się zatrzymał – rzadko widzę rodzinę wspólnie spożywającą kolację i rozmawiającą ze sobą o tym jak minął dzień. Patrzę na siebie i moją rodzinę. Zwykle jemy oddzielnie – Ola z dziećmi po ich powrocie z patio czy ze spaceru a ja po powrocie z pracy albo… nie jem kolacji, bo nie chcę jeść po 18-ej. Albo biegam i jestem dostępny około 20:30 Jeden z wieczorów przeszedł najśmielsze oczekiwania – oto przed nami tańce regionalne tańczyły dwie dziewczyny! Okazało się, że Agnieszka (córka naszych gospodarzy) interesuje się tańcami ludowymi i wraz z koleżanką, przygotowuje się do występu. Niesamowite! Dzień wcześniej siedzieliśmy w garniturach w biurze a następnego wieczora ludowe tańce i wspólne wino przy kolacji…