Tworzymy okoliczności aby spotkać się, zrobić coś wspólnie i podzielić się doświadczeniem w przeżywaniu własnej męskości.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rower. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rower. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 21 listopada 2011
wtorek, 1 listopada 2011
Moje "w drodze ku męskości" w nowym świetle
Ostatnio moje w drodze ku męskości nabiera dużego tępa. Jako młody jeszcze przecież ojciec mam możliwość pomagać młodym , dorastającym mężczyznom w ich drodze ku męskości. Co prawda moi podopieczni mają ojców - lecz nie do końca ich relacje są ok. Albo są z nimi w konflikcie, albo ojcowie nie są obecni w ich życiu. Ich rodzicielstwo kończy się często na płaceniu alimentów. Generalnie moich podopiecznych wychowują matki. Ja w swojej pracy jako asystent rodzinny mam za zadanie być dla nich starszym bratem, a często nawet mentorem. Ostatnio łapiemy niezły kontakt. Jakiś czas temu zabrałem jednego z moich podopiecznych poza Warszawę. Jechaliśmy rowerami żeby przy okazji popracować fizycznie na świeżym powietrzu przy naprawie ogrodzenia. Zabrałem również znajomego Rafała, który trochę młodszy ode mnie z łatwością dogadywał się z moim dorosłym podopiecznym - również Rafałem:-). Rafał przypomniał sobie, że kilka lat temu był jeszcze harcerzem i w mgnieniu oka rozniecił porządne ognisko nad którym po robocie piekliśmy kiełbaski. Jak niewiele trzeba żeby stworzył się przyjazny męski klimat. Natura, robota, grono facetów i szczere rozmowy. Nie potrzeba wtedy napojów wyskokowych ani innych używek...
coraz bardziej lubię tą robotę...
Niedawno odwiedził nas znajomy z Gdańska - zapalony kibic. A chwilę wcześniej inny znajomy -Piotr zapraszał na piłkę nożną. Wziąłem drugiego podopiecznego, który mówił, że kiedyś się grało...., kumpla z Gdańska i wybraliśmy się na gałę. Efekt piorunujący dwie godziny na sztucznej murawie w lekkim deszczu. Okazało się, że Piotr zgromadził wybieganych amatorów piłki. Ledwo wytrwaliśmy w tym tempie do końca. Nawet reprezentacja nie gra na takich obrotach przez bite dwie godziny zegarowe! Co się okazało - że na drugi dzień ja miałem straszne zakwasy - mimo, że trochę kilometrów zrobiłem na rowerze ostatnimi czasy. A mój podopieczny - nic go nie bolało. Dodam, ze ostatni raz grał z 2 lata temu. Czas spędzał do tej pory przed komputerem. Szok! Coś tkwi w tych młodych - 3ba to tylko umieć wycisnąć:-)
Józef
piątek, 7 października 2011
śladami KARANU 2011
Długo wyczekiwany przeze mnie wyjazd - a właściwie pielgrzymka rowerowa na Jasna Górę w końcu odbyła się. Niestety okazało się, że z licznej ekipy zapaleńców zostali tylko organizatorzy - czyli Waldek i ja. W przypadku niektórych
zaważyły zdarzenia losowe, natomiast byli i tacy, którzy w moim odczuciu - po prostu spękali. No bo 3ba być wariatem, żeby 3 dni kręcić kołami po asfalcie, piachu i nie tylko....
Generalnie pogoda rewelacyjna, piękne widoki. Nie zobaczysz tego jadąc samochodem - jak mówi Waldek. Do tego kapitalnie przygotowane bagaże i rowery - co widać na fotkach a przede wszystkim ważne intencje w sercu z którymi jechaliś
my. Trasa biegła niemalże dokładnie jak pielgrzymka piesza grup 17-tych akademickich, w których to idzie elitarna grupa pacjentów ośrodków dla narkomanów oraz ich rodzice i sympatycy Katolickiego ruchu Antynarkotycznego "KARAN". Oczywiście wybraliśmy z Waldkiem wersje nieco ekstremalną - czyli noclegi pod namiotem, który wieźliśmy ze sobą. Nawet nie było tak zimno nad ranem. Wyruszyliśmy w piątek około 8mej spod kościoła akademickiego św. Anny na Starówce. Około 6tej wieczorem zajechaliśmy na nocleg do gospodarzy, którzy przyjmują co rok
u grupę KARAN-u. Po 117 km w nogach poprosiliśmy tylko o prysznic i możliwość rozbicia namiotu. Około 8mej już spaliśmy , by wstać o 6tej. Całe 10 h snu. Rewelacja. Sobota z kolei była ciężka. Rozpoczęliśmy od wyśpiewania porannych Godzinek. Po drodze kilka rozmów z miejscowymi. Szczególnie mężczyźni zaczepiali nas pytając o konstrukcje przyczepki jednokołowej, którą ciągnął Waldek Na nocleg zajechaliśmy grubo po 9tej -a w nogach mieliśmy około 150 km.
Nieoczekiwanie furta klasztoru Dominikanów była zamknięta. Nikt nie słyszał dzwonka - albo nie chciał usłyszeć! Jednakże ma się swoje sposoby:-) akurat furtka od strony domu Pielgrzyma była otwarta. Niebawem znalazłem się w środku klasztoru i słysząc jakieś kroki zapukałem do drzwi - blisko cel zakonników. Przestraszony braciszek otworzył drzwi i ze zdziwieniem zapytał "Skąd się tutaj wziąłeś? Jak wszedłeś? Odpowiedziałem tylko, ze wszystko było otwarte - zgodnie z prawdą. rewelacji nie było. Gościnność tej wspólnoty ograniczyła się do niezbędnego minimum, ale to nam wystarczyło. Niedziela już spokojniejsza. Rozpoczęliśmy od eucharystii u Dominikanów. Homilia- a w zasadzie kazanie, gdyż nie związane z liturgia słowa niedzielnego - raczej niskich lotów. Można było ćwiczyć pokorę i żarliwiej się modlić. Wspaniałe wieści od znajomego, który chciał z nami jechać, ale miał mały wypadek z okiem. Leszek przyjechał po nas do Częstochowy swoją terenówką i zrobił nam kilka zdjęć jak wjeżdżaliśmy na Jasną Gorę.
Nieoczekiwanie furta klasztoru Dominikanów była zamknięta. Nikt nie słyszał dzwonka - albo nie chciał usłyszeć! Jednakże ma się swoje sposoby:-) akurat furtka od strony domu Pielgrzyma była otwarta. Niebawem znalazłem się w środku klasztoru i słysząc jakieś kroki zapukałem do drzwi - blisko cel zakonników. Przestraszony braciszek otworzył drzwi i ze zdziwieniem zapytał "Skąd się tutaj wziąłeś? Jak wszedłeś? Odpowiedziałem tylko, ze wszystko było otwarte - zgodnie z prawdą. rewelacji nie było. Gościnność tej wspólnoty ograniczyła się do niezbędnego minimum, ale to nam wystarczyło. Niedziela już spokojniejsza. Rozpoczęliśmy od eucharystii u Dominikanów. Homilia- a w zasadzie kazanie, gdyż nie związane z liturgia słowa niedzielnego - raczej niskich lotów. Można było ćwiczyć pokorę i żarliwiej się modlić. Wspaniałe wieści od znajomego, który chciał z nami jechać, ale miał mały wypadek z okiem. Leszek przyjechał po nas do Częstochowy swoją terenówką i zrobił nam kilka zdjęć jak wjeżdżaliśmy na Jasną Gorę.
sobota, 10 października 2009
Pieniny_męska wyprawa_pażdziernik 2009
Wyprawa w Pieniny udała się, choć tak jak spodziewałem się nie obyło się bez trudności.
Trudności:
Kilka dni przed wyjazdem zadzwonił do mnie Artur. Do firmy w której pracuje miała przyjechać "góra" z centrali, więc jego wyjazd stanął pod znakiem zapytania. Przyznam, że jego telefon wcale mnie nie zdziwił. Nie, żeby Artur zmieniał zdanie jak zwykle, absolutnie. Po prostu spodziewałem się, że będą dziać się podobne rzeczy. Ostatnie doświadczenia z moimi wyjazdami nauczyły mnie jednego, że zawsze coś dzieje się, szczególnie kiedy ma wydarzyć się coś dobrego. Po skończonej rozmowie napisałem więc do Artura sms-a z historią wszystkich trudności które zwykle pojawiały się kiedy planowałem gdzieś pojechać. Chwilę po tym jak skończyłem rozmawiać z Arturem zadzwonił Łukasz, że nie wyrobi się w piątek, że ma mnóstwo roboty i w ogóle. Więc po raz kolejny zacząłem opowiadać o trudnościach. Łukasz obiecał, że będzie na czas:)
Później już nie było tak łatwo, z Jankiem spieraliśmy się do samego końca. Był nawet taki moment, kiedy w piątek rano powiedzieliśmy sobie, że nie jedziemy razem. Spodziewałem się, że będą kłopoty, ale nie, że aż takie. Było ostro. Normalnie zaciąłbym się i faktycznie pojechalibyśmy na ten wyjazd w mniejszym gronie. Postanowiłem jednak zanim powiem o jedno słowo za dużo, zatrzymać się i pomodlić. Wysłałem Jankowi sms-a opisując po raz trzeci wszystkie trudności które pojawiły się przy okazji naszego wyjazdu. Janek zadzwonił, dogadaliśmy się w końcu. Dla mnie było to o tyle trudne, że są chwile kiedy mam ochotę trzymać się swych emocji.
Ruszyliśmy punktualnie w piątek o 17'30. W miarę sprawnie udało nam się przebić przez korki, niestety tuż przed Radomiem utknęliśmy. Prawdopodobnie był jakiś wypadek. Pózniej jeszcze musieliśmy odbić z trasy aby odwieżć do domu kolegę Janka. Do Krakowa skad mieliśmy zabrać Janka dotarliśmy więc dopiero około 23. Mieliśmy być na miejscu około 24, ale szybko okazało się, że nie ma na to szans. Dotarliśmy na miejsce około 2. Gospodynie nie była zbyt szczęśliwa, ale na szczęście nie zamknęła nam drzwi przed nosem.
Postanowiliśmy trochę odespać, więc pobudka była w okolicach 8 rano. Dzień zaczęliśmy od wspólnych laudesów, a później pojechaliśmy na śniadania do baru Grajcarek. Około 11 ruszyliśmy na szlak. Pogoda nam dopisywała. Przyznam, że byłem zaskoczony tym, że tak dobrze mi się wspinało. Pamiętałem jeszcze wyprawę z Darkiem miesiąc wcześniej, wtedy było ciężko. Staraliśmy się iść razem, choć wychodziło to różnie. Zaczęliśmy od wspinaczki na Sokolicę, a później przez Czertezik ruszyliśmy na Trzy Korony. Trochę nam zeszło się, więc nie było już szansy na ostatni prom przez Dunajec. Zdecydowaliśmy się więc zejść do Sromowców.
Dotarliśmy póżno, nie było już czym wrócić, na szczęscie Rafał znalazł jakiegoś chłopaka który zgodził się zawieść część z nas do Szczawnicy, ale dopiero jak skończy się mecz siatkarek, które tego dnia graly o awans do finału ME. Czekając na koniec meczu udało nam się zrobić zakupy pod kątem grila i śniadania, oraz zjeść coś w knajpce wypełnionej kibicami.
Razem z Arturem pojechaliśmy w końcu z tym chłopakiem po samochód. Droga w tą i z powrotem zajęła nam trochę, więc na kwaterze znów byliśmy dość późno. Na szczęście zostało jeszcze trochę sił na zrobienie grilla, którym sprawnie zarządzał Janek. Dzień wcześniej Artur zapoznał dziewczyny, które mieszkały nad nami, zaprosiliśmy je więc na wspólnego grilla. Wieczorem było zimno, więc po pewnym czasie przenieśliśmy się z powrotem do domu. A że rozmowa z dziewczynami układała się w miarę dobrze kontynuowaliśmy ją dalej. Skończyło się to wszystko "małą ewangelizacją":)
W niedzielę wstaliśmy około 7. O 8 rano mieliśmy bowiem odebrać rowery, którymi mieliśmy dojechać do Sromowców na spływ. Poranek był chłodny, ale słońce powoli przebijało się i kiedy dojechaliśmy na miejsce było już ciepło. Trasa wzdłuż Dunajca, którą jechaliśmy to chyba jedna z piękniejszych tras po Pieninach, więc nie wiem jak chłopaki, ale ja byłem zachwycony. Gdybym mógł już dziś urwałbym się z biura, aby znów znaleźć się o poranku, na rowerze, w tym miejscu. W Sromowcach czekał już na nas Piotr nasz przewodnik, który po nauczeniu nas podstawowych komend i zrobieniu nam krótkiej rozgrzewki usadził nas w pontonie. Ruszyliśmy. Woda nie była zbyt wysoka, ale ponoć taki spływ jest o wiele ciekawszy wiosną, zaraz po roztopach. My płynęliśmy jakieś 2 godziny, ale rekord Piotra to 15 min, taki spływ to byłoby to, ale mam nadzieję, że uda nam się przyjechać na wiosnę i spłynąć w bardziej extremalnych warunkach:)
Tym razem była to tylko rozgrzewka, ale i tak wrażenia i widoki - rewelacja. Poza tym dobrze jest zrobić coś razem, a na pontonie, byliśmy zależni od siebie. Na koniec zaliczylismy jeszcze kąpiel w Dunajcu, w ciuchach. Woda była zimna, ale pokusa skoczenia jeszcze większa. Najtwardszy z nas okazał się Łukasz, któy lądował w wodzie trzy razy. A że pogoda była piękna, słońce swieciło, więc mokre ubrania jakoś specjalnie nie przeszkadzały. I z tego co wiem, nikt się nie pochorował:)
Nasz pobyt w Pieninach zakończyliśmy przepysznym obiadem po którym ruszyliśmy do domu. Ja zasnąłem od razu, obudziłem się dopiero w Krakowie. A kiedy wstałem okazało się, że w samochodzie panuje dość napięta atmosfera. Dopiero spóźnione laudesy pomogły rozładować atmosferę. Myślę sobie, że gdyby nie to, że mogliśmy modlić się, nie wiem czym skończyłby się ten wyjazd.
Na koniec jeszcze po długich poszukiwaniach wylądowaliśmy na mszy w Kielcach. Od początku nie był to newralgiczny moment naszego wyjazdu. Wszyscy chcieliśmy być na mszy, ale było ciężko z czasem. Na szczęście Bóg zatroszczył się i o to:)
Dostaliśmy super wyjazd, w super ekipie i rewelacyjną pogodę. Przyznam, że odkąd wróciłem ciągle myślę, aby gdzieś jeszcze pojechać. Coraz częściej bowiem mam poczucie, że mężczyzna to nie jest jednak zwierzę biurowe. Ale kto wie, może już niedługo...
Trudności:
Kilka dni przed wyjazdem zadzwonił do mnie Artur. Do firmy w której pracuje miała przyjechać "góra" z centrali, więc jego wyjazd stanął pod znakiem zapytania. Przyznam, że jego telefon wcale mnie nie zdziwił. Nie, żeby Artur zmieniał zdanie jak zwykle, absolutnie. Po prostu spodziewałem się, że będą dziać się podobne rzeczy. Ostatnie doświadczenia z moimi wyjazdami nauczyły mnie jednego, że zawsze coś dzieje się, szczególnie kiedy ma wydarzyć się coś dobrego. Po skończonej rozmowie napisałem więc do Artura sms-a z historią wszystkich trudności które zwykle pojawiały się kiedy planowałem gdzieś pojechać. Chwilę po tym jak skończyłem rozmawiać z Arturem zadzwonił Łukasz, że nie wyrobi się w piątek, że ma mnóstwo roboty i w ogóle. Więc po raz kolejny zacząłem opowiadać o trudnościach. Łukasz obiecał, że będzie na czas:)
Później już nie było tak łatwo, z Jankiem spieraliśmy się do samego końca. Był nawet taki moment, kiedy w piątek rano powiedzieliśmy sobie, że nie jedziemy razem. Spodziewałem się, że będą kłopoty, ale nie, że aż takie. Było ostro. Normalnie zaciąłbym się i faktycznie pojechalibyśmy na ten wyjazd w mniejszym gronie. Postanowiłem jednak zanim powiem o jedno słowo za dużo, zatrzymać się i pomodlić. Wysłałem Jankowi sms-a opisując po raz trzeci wszystkie trudności które pojawiły się przy okazji naszego wyjazdu. Janek zadzwonił, dogadaliśmy się w końcu. Dla mnie było to o tyle trudne, że są chwile kiedy mam ochotę trzymać się swych emocji.
Ruszyliśmy punktualnie w piątek o 17'30. W miarę sprawnie udało nam się przebić przez korki, niestety tuż przed Radomiem utknęliśmy. Prawdopodobnie był jakiś wypadek. Pózniej jeszcze musieliśmy odbić z trasy aby odwieżć do domu kolegę Janka. Do Krakowa skad mieliśmy zabrać Janka dotarliśmy więc dopiero około 23. Mieliśmy być na miejscu około 24, ale szybko okazało się, że nie ma na to szans. Dotarliśmy na miejsce około 2. Gospodynie nie była zbyt szczęśliwa, ale na szczęście nie zamknęła nam drzwi przed nosem.
Postanowiliśmy trochę odespać, więc pobudka była w okolicach 8 rano. Dzień zaczęliśmy od wspólnych laudesów, a później pojechaliśmy na śniadania do baru Grajcarek. Około 11 ruszyliśmy na szlak. Pogoda nam dopisywała. Przyznam, że byłem zaskoczony tym, że tak dobrze mi się wspinało. Pamiętałem jeszcze wyprawę z Darkiem miesiąc wcześniej, wtedy było ciężko. Staraliśmy się iść razem, choć wychodziło to różnie. Zaczęliśmy od wspinaczki na Sokolicę, a później przez Czertezik ruszyliśmy na Trzy Korony. Trochę nam zeszło się, więc nie było już szansy na ostatni prom przez Dunajec. Zdecydowaliśmy się więc zejść do Sromowców.
Dotarliśmy póżno, nie było już czym wrócić, na szczęscie Rafał znalazł jakiegoś chłopaka który zgodził się zawieść część z nas do Szczawnicy, ale dopiero jak skończy się mecz siatkarek, które tego dnia graly o awans do finału ME. Czekając na koniec meczu udało nam się zrobić zakupy pod kątem grila i śniadania, oraz zjeść coś w knajpce wypełnionej kibicami.
Razem z Arturem pojechaliśmy w końcu z tym chłopakiem po samochód. Droga w tą i z powrotem zajęła nam trochę, więc na kwaterze znów byliśmy dość późno. Na szczęście zostało jeszcze trochę sił na zrobienie grilla, którym sprawnie zarządzał Janek. Dzień wcześniej Artur zapoznał dziewczyny, które mieszkały nad nami, zaprosiliśmy je więc na wspólnego grilla. Wieczorem było zimno, więc po pewnym czasie przenieśliśmy się z powrotem do domu. A że rozmowa z dziewczynami układała się w miarę dobrze kontynuowaliśmy ją dalej. Skończyło się to wszystko "małą ewangelizacją":)
W niedzielę wstaliśmy około 7. O 8 rano mieliśmy bowiem odebrać rowery, którymi mieliśmy dojechać do Sromowców na spływ. Poranek był chłodny, ale słońce powoli przebijało się i kiedy dojechaliśmy na miejsce było już ciepło. Trasa wzdłuż Dunajca, którą jechaliśmy to chyba jedna z piękniejszych tras po Pieninach, więc nie wiem jak chłopaki, ale ja byłem zachwycony. Gdybym mógł już dziś urwałbym się z biura, aby znów znaleźć się o poranku, na rowerze, w tym miejscu. W Sromowcach czekał już na nas Piotr nasz przewodnik, który po nauczeniu nas podstawowych komend i zrobieniu nam krótkiej rozgrzewki usadził nas w pontonie. Ruszyliśmy. Woda nie była zbyt wysoka, ale ponoć taki spływ jest o wiele ciekawszy wiosną, zaraz po roztopach. My płynęliśmy jakieś 2 godziny, ale rekord Piotra to 15 min, taki spływ to byłoby to, ale mam nadzieję, że uda nam się przyjechać na wiosnę i spłynąć w bardziej extremalnych warunkach:)
Tym razem była to tylko rozgrzewka, ale i tak wrażenia i widoki - rewelacja. Poza tym dobrze jest zrobić coś razem, a na pontonie, byliśmy zależni od siebie. Na koniec zaliczylismy jeszcze kąpiel w Dunajcu, w ciuchach. Woda była zimna, ale pokusa skoczenia jeszcze większa. Najtwardszy z nas okazał się Łukasz, któy lądował w wodzie trzy razy. A że pogoda była piękna, słońce swieciło, więc mokre ubrania jakoś specjalnie nie przeszkadzały. I z tego co wiem, nikt się nie pochorował:)
Nasz pobyt w Pieninach zakończyliśmy przepysznym obiadem po którym ruszyliśmy do domu. Ja zasnąłem od razu, obudziłem się dopiero w Krakowie. A kiedy wstałem okazało się, że w samochodzie panuje dość napięta atmosfera. Dopiero spóźnione laudesy pomogły rozładować atmosferę. Myślę sobie, że gdyby nie to, że mogliśmy modlić się, nie wiem czym skończyłby się ten wyjazd.
Na koniec jeszcze po długich poszukiwaniach wylądowaliśmy na mszy w Kielcach. Od początku nie był to newralgiczny moment naszego wyjazdu. Wszyscy chcieliśmy być na mszy, ale było ciężko z czasem. Na szczęście Bóg zatroszczył się i o to:)
Dostaliśmy super wyjazd, w super ekipie i rewelacyjną pogodę. Przyznam, że odkąd wróciłem ciągle myślę, aby gdzieś jeszcze pojechać. Coraz częściej bowiem mam poczucie, że mężczyzna to nie jest jednak zwierzę biurowe. Ale kto wie, może już niedługo...
poniedziałek, 28 września 2009
Wojownicy na rowerach
Józef
Czwartkowym popołudniem, 10 września wyruszyliśmy z Waldemarem do Ząbek po Bogdana. W Apostolicum zamocowaliśmy nasze rowery na bagażnik samochodu i po krótkiej rozmowie (wszyscy znamy się z pielgrzymki na Jasną Górę z grupą KARAN), wspólnie wyruszyliśmy na rajd rowerowy. Trasa przebiega następująco: Bogucic/k. Radomia - Kielce - Święty Krzyż - Kielce - Bogucic - około 34o km. Czas: piątek rano - niedziela wieczór. Uczestnicy: grupa pacjentów KARANU. Organizator; Waldemar, zapalony rowerzysta.
Dojeżdżamy do Bogucina. Na miejscu sprawdzamy stan techniczny rowerów i przeprowadzamy drobne naprawy, a w zasadzie ja asystuję, a Waldemar z Bogdanem ciężko pracują. Panowie mają doświadczenie i potrafią odpowiednio ustawić asortyment w rowerze. Wraz z Bogdanem mocowaliśmy się chyba z godzinę z mocowaniem sakwy do kierownicy jednego z rowerów! Kładziemy się spać po północy. Jestem bardzo zmęczony (kolejny wyjazd rozpoczynam po nocnym dyżurze w Ośrodku) Waldemar niestrudzony został w warsztacie aby wymieniać klocki hamulcowe, w rowerze którym miałem jechać.
Pobudka 6'00. Pacjenci Ośrodka wykonują poranna rozgrzewkę, przewidzianą w rytmie dnia. Część z nich zajmuje się końmi i małym gospodarstwem. Krótkie śniadanie wraz z pacjentami. Waldemar z Bogdanem kończą przygotowywać ostatnie rowery, ja dopompowuję powietrze, w co najmniej 30 rowerach - łatwo nie jest. Robi się wesoło. Przyjechali pacjenci z Radomia. Wszystko się przeciąga. Mamy już 3 godziny opóźnienia. Wreszcie po 10 wyruszamy, w składzie 16 osób, grupę prowadzi Bogdan - który ma szczegółowe mapy trasy, przypięte do sakwy rowerowej. Ja spinam grupę jadąc na końcu, w niewygodnej koszulce odblaskowej. Waldemar z podpiętą do roweru jednokołową przyczepką - jadąc obok, ogrania całość grupy, śmigając jak wicher. Raz jest na przedzie, to znów w środku, na tyłach. Dba aby grupa nie rozciągała się niepotrzebnie. Jedzie również z nami jedna kobieta - terapeutka Ania, którą przyjechała z pięcioma pacjentami z Ośrodka w Elblągu. Ania objechała rowerem, w przeciągu kilku lat kilka, tysięcy kilometrów, na różnych kontynentach. Była w peruwiańskich Andach, nad Jeziorem Wiktorii w Afryce, zaliczyła norweskie fiordy, piękne tereny w Kanadzie, Australii i już nie pamiętam gdzie jeszcze była rowerem. Niezła historia!!!
Wracając do naszej wyprawy - dziennie przemierzamy średnio ponad 100km, noclegi mamy zapewnione - śpimy na Karczówce w Kielcach goszczeni przez Pallotynów. Na trasie dojechał do nas Jarek, który wiezie nasze bagaże oraz prowiant. Częstuje nas wodą, która schodzi litrami. Na pace ma również załadowany swój rower, aby wjechać z nami na Święty Krzyż. Na jednym z postojów, w ciekawej miejscowości zwiedzamy z zewnątrz niestety, gotycki kościół z początków XVw. Niektóre elementy wykonane zostały z piaskowca, natomiast w środku można było dostrzec niewyraźnie, poprzez kraty - sklepienie gwiaździste. Bogdan z wykształcenia grafik - twierdzi, że to fenomen architektury na tych ziemiach i w tak pospolitym miejscu.
Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów było mi ciężko. Nie jestem przyzwyczajony do kilku niuansów: jazdy w dużej grupie, spodenek z tzw. pieluchą i kasku, który później okazał się bardzo istotny. Wydolność pacjentów jest zróżnicowana, więc po jakimś czasie niektórzy tracą siły. Jeden z chłopaków wymiękł całkowicie - nogi mu siadły i miał skurcze mięśni. Jednak, według nas to raczej problem psychiki i niechęć do przełamywania trudności, wynikający z choroby uzależnienia. Dlatego, żeby nie psuć nastawienia pozostałych uczestników, trzeba chłopaka odwieźć do Bogucina. Rano dojeżdża do nas Leszek, swoim Land Roverem. Zrezygnował z polowania, aby móc z nami wjechać rowerem na Święty Krzyż. Leszek zaintrygował mnie swoimi zainteresowaniami myśliwskimi. Obiecał też, że zabierze mnie na jakieś polowanie. Kiedy to nastąpi? Zobaczymy.
Wracając do rajdu, był owocny zarówno w przeżycia krajoznawcze jak i ciekawe dla mnie rozmowy z mężczyznami. Przejeżdżając przez rozliczne wioski zastanowił mnie fakt - tymi, którzy byli poruszeni i zaciekawieni naszą obecnością były w większości starsze kobiety.,babcie w finezyjnych chustach na głowie. Jedna z nich wychodząc nam naprzeciw wprost powiedziała, aż musiałam wyjść na szosę, żeby zobaczyć co to za zbiegowisko na zakręcie (w tym czasie my zatrzymaliśmy się rozważając dalszą trasę). Babcia zaczęła tłumaczyć Jarkowi gdzie jesteśmy, jak dalej jechać, gdzie skręcić itd. Przypatrując się z boku całemu wydarzeniu, rzuciłem do Bogdana - i oto można zobaczyć kto rządzi w rodzinie! Rozmowa potoczyła się w ten sposób, że trochę śmiechem, trochę na poważnie, a nawet o zgrozo stwierdziliśmy, że jak babcia nosi jako jedyna "spodnie w domu" i w dodatku w rodzinie, to potem widzimy takich nieobecnych mężczyzn. Tematy dotykające męskości pojawiały się samorzutnie. Jadąc dalej zastanawiałem się głośno, gdzie Ci mężczyźni się podziali. Znów widzimy tylko kobiety, ciężko pracujące. Odpowiedź przyszła sama. Chłopi młodzi i starzy chowali się za jakimiś budkami, kioskami żłopiąc tanie piwo - które mnie akurat nie przypada do gustu. Wolę jakieś lokalne, albo przynajmniej ciemne, pszeniczne, najlepiej klasztorne - niestety do dyspozycji są tylko importowane. Wracając do widoku chłopów żłopiących piwo - spojrzenia mieli mętne i znużone - pytanie od czego? Na pewno nie tylko od piwa. Bogdan rzucił do mnie - oto co nuda robi z człowieka! Jak nuda - byłem zdziwiony? Tyle roboty w polu, jeszcze nie wszystko zrobione po żniwach, jeziora, piękne lasy, łąki i na dodatek jest czym oddychać w porównaniu z Warszawą. Jednak żeby to docenić trzeba zmienić optykę, a niestety patrząc w szklany ekran telewizora, komputera nie da się tego zrobić lekko i bez wysiłku. Na rajdzie nudy nie było, a powiem więcej wrażeń mieliśmy co niemiara, także tych trudnych, w których lała się nawet krew! Krzysztof - wychowawca z Bogucina przeliczył się z prędkością zjeżdżając ze stromej góry i nie wyrobił się na zakręcie. Wyskoczył przez kierownicę i upadł na kamieniste podłoże, uderzając w nie głową. Na szczęście oprócz dużej ilości krwi z nosa rozpryskującej się dookoła, nic nie stracił. Pożyczony kask - dobrej jakości - uratował mu życie - stwierdził Waldemar. Wezwaliśmy pogotowie i już za 20min Krzysztof żegnał nas siedząc w karetce. Po przeprowadzeniu badań w kieleckim szpitalu okazało się, że chłop zdrów i nic mu nie zagraża. Wieczorem Leszek odwiózł go do Bogucina żegnając się z naszą ekipą. Oprócz tej sytuacji nie wydarzyło się już na szczęście nic niepokojącego. Czas był naprawdę dobry. Mogliśmy zmierzyć się ze zmęczeniem, pragnieniem, swoimi siłami i stanem ducha. Byłem zdziwiony, choć nie zaskoczony, kiedy w drodze do Bogucina, zmęczeni już ostro (narzuciliśmy sobie długi etap bez postoju aby dotrzeć przed zmrokiem do celu) pacjenci rozpoczęli głośno śpiewać znaną mi dobrze nutę z pielgrzymki - Wojownicy Pana - w rytmie Buffalo Sldier - Boba Marleya. Skąd oni mieli jeszcze siły? Dołączyłem do śpiewu. Pomyślałem sobie, że musimy sprawiać niezłe wrażenie w połączeniu z tym śpiewem, przemykając zwartym peletonem. A śpiewaliśmy na całe gardło:
Wojownicy Pana!
Nie zabijają!
Oni walczą miłością
Duchową amunicją
Weż udział w trudach
I przeciwnościach
Jako dobry żółnierz
Jezusa Chrystusa
Bardzo cieszę się, że rower okazuje się dla mnie kolejnym narzędziem do tego aby przezywać intensywnie czas, rozmawiając o ważnych sprawach i dzieląc się swoim doświadczeniem życiowym, w gronie innych mężczyzn. Zatem rower nie jest tylko do tego, żeby wyciskać poty - choć i to czasem pomaga.
Czwartkowym popołudniem, 10 września wyruszyliśmy z Waldemarem do Ząbek po Bogdana. W Apostolicum zamocowaliśmy nasze rowery na bagażnik samochodu i po krótkiej rozmowie (wszyscy znamy się z pielgrzymki na Jasną Górę z grupą KARAN), wspólnie wyruszyliśmy na rajd rowerowy. Trasa przebiega następująco: Bogucic/k. Radomia - Kielce - Święty Krzyż - Kielce - Bogucic - około 34o km. Czas: piątek rano - niedziela wieczór. Uczestnicy: grupa pacjentów KARANU. Organizator; Waldemar, zapalony rowerzysta.
Dojeżdżamy do Bogucina. Na miejscu sprawdzamy stan techniczny rowerów i przeprowadzamy drobne naprawy, a w zasadzie ja asystuję, a Waldemar z Bogdanem ciężko pracują. Panowie mają doświadczenie i potrafią odpowiednio ustawić asortyment w rowerze. Wraz z Bogdanem mocowaliśmy się chyba z godzinę z mocowaniem sakwy do kierownicy jednego z rowerów! Kładziemy się spać po północy. Jestem bardzo zmęczony (kolejny wyjazd rozpoczynam po nocnym dyżurze w Ośrodku) Waldemar niestrudzony został w warsztacie aby wymieniać klocki hamulcowe, w rowerze którym miałem jechać.
Pobudka 6'00. Pacjenci Ośrodka wykonują poranna rozgrzewkę, przewidzianą w rytmie dnia. Część z nich zajmuje się końmi i małym gospodarstwem. Krótkie śniadanie wraz z pacjentami. Waldemar z Bogdanem kończą przygotowywać ostatnie rowery, ja dopompowuję powietrze, w co najmniej 30 rowerach - łatwo nie jest. Robi się wesoło. Przyjechali pacjenci z Radomia. Wszystko się przeciąga. Mamy już 3 godziny opóźnienia. Wreszcie po 10 wyruszamy, w składzie 16 osób, grupę prowadzi Bogdan - który ma szczegółowe mapy trasy, przypięte do sakwy rowerowej. Ja spinam grupę jadąc na końcu, w niewygodnej koszulce odblaskowej. Waldemar z podpiętą do roweru jednokołową przyczepką - jadąc obok, ogrania całość grupy, śmigając jak wicher. Raz jest na przedzie, to znów w środku, na tyłach. Dba aby grupa nie rozciągała się niepotrzebnie. Jedzie również z nami jedna kobieta - terapeutka Ania, którą przyjechała z pięcioma pacjentami z Ośrodka w Elblągu. Ania objechała rowerem, w przeciągu kilku lat kilka, tysięcy kilometrów, na różnych kontynentach. Była w peruwiańskich Andach, nad Jeziorem Wiktorii w Afryce, zaliczyła norweskie fiordy, piękne tereny w Kanadzie, Australii i już nie pamiętam gdzie jeszcze była rowerem. Niezła historia!!!
Wracając do naszej wyprawy - dziennie przemierzamy średnio ponad 100km, noclegi mamy zapewnione - śpimy na Karczówce w Kielcach goszczeni przez Pallotynów. Na trasie dojechał do nas Jarek, który wiezie nasze bagaże oraz prowiant. Częstuje nas wodą, która schodzi litrami. Na pace ma również załadowany swój rower, aby wjechać z nami na Święty Krzyż. Na jednym z postojów, w ciekawej miejscowości zwiedzamy z zewnątrz niestety, gotycki kościół z początków XVw. Niektóre elementy wykonane zostały z piaskowca, natomiast w środku można było dostrzec niewyraźnie, poprzez kraty - sklepienie gwiaździste. Bogdan z wykształcenia grafik - twierdzi, że to fenomen architektury na tych ziemiach i w tak pospolitym miejscu.
Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów było mi ciężko. Nie jestem przyzwyczajony do kilku niuansów: jazdy w dużej grupie, spodenek z tzw. pieluchą i kasku, który później okazał się bardzo istotny. Wydolność pacjentów jest zróżnicowana, więc po jakimś czasie niektórzy tracą siły. Jeden z chłopaków wymiękł całkowicie - nogi mu siadły i miał skurcze mięśni. Jednak, według nas to raczej problem psychiki i niechęć do przełamywania trudności, wynikający z choroby uzależnienia. Dlatego, żeby nie psuć nastawienia pozostałych uczestników, trzeba chłopaka odwieźć do Bogucina. Rano dojeżdża do nas Leszek, swoim Land Roverem. Zrezygnował z polowania, aby móc z nami wjechać rowerem na Święty Krzyż. Leszek zaintrygował mnie swoimi zainteresowaniami myśliwskimi. Obiecał też, że zabierze mnie na jakieś polowanie. Kiedy to nastąpi? Zobaczymy.
Wracając do rajdu, był owocny zarówno w przeżycia krajoznawcze jak i ciekawe dla mnie rozmowy z mężczyznami. Przejeżdżając przez rozliczne wioski zastanowił mnie fakt - tymi, którzy byli poruszeni i zaciekawieni naszą obecnością były w większości starsze kobiety.,babcie w finezyjnych chustach na głowie. Jedna z nich wychodząc nam naprzeciw wprost powiedziała, aż musiałam wyjść na szosę, żeby zobaczyć co to za zbiegowisko na zakręcie (w tym czasie my zatrzymaliśmy się rozważając dalszą trasę). Babcia zaczęła tłumaczyć Jarkowi gdzie jesteśmy, jak dalej jechać, gdzie skręcić itd. Przypatrując się z boku całemu wydarzeniu, rzuciłem do Bogdana - i oto można zobaczyć kto rządzi w rodzinie! Rozmowa potoczyła się w ten sposób, że trochę śmiechem, trochę na poważnie, a nawet o zgrozo stwierdziliśmy, że jak babcia nosi jako jedyna "spodnie w domu" i w dodatku w rodzinie, to potem widzimy takich nieobecnych mężczyzn. Tematy dotykające męskości pojawiały się samorzutnie. Jadąc dalej zastanawiałem się głośno, gdzie Ci mężczyźni się podziali. Znów widzimy tylko kobiety, ciężko pracujące. Odpowiedź przyszła sama. Chłopi młodzi i starzy chowali się za jakimiś budkami, kioskami żłopiąc tanie piwo - które mnie akurat nie przypada do gustu. Wolę jakieś lokalne, albo przynajmniej ciemne, pszeniczne, najlepiej klasztorne - niestety do dyspozycji są tylko importowane. Wracając do widoku chłopów żłopiących piwo - spojrzenia mieli mętne i znużone - pytanie od czego? Na pewno nie tylko od piwa. Bogdan rzucił do mnie - oto co nuda robi z człowieka! Jak nuda - byłem zdziwiony? Tyle roboty w polu, jeszcze nie wszystko zrobione po żniwach, jeziora, piękne lasy, łąki i na dodatek jest czym oddychać w porównaniu z Warszawą. Jednak żeby to docenić trzeba zmienić optykę, a niestety patrząc w szklany ekran telewizora, komputera nie da się tego zrobić lekko i bez wysiłku. Na rajdzie nudy nie było, a powiem więcej wrażeń mieliśmy co niemiara, także tych trudnych, w których lała się nawet krew! Krzysztof - wychowawca z Bogucina przeliczył się z prędkością zjeżdżając ze stromej góry i nie wyrobił się na zakręcie. Wyskoczył przez kierownicę i upadł na kamieniste podłoże, uderzając w nie głową. Na szczęście oprócz dużej ilości krwi z nosa rozpryskującej się dookoła, nic nie stracił. Pożyczony kask - dobrej jakości - uratował mu życie - stwierdził Waldemar. Wezwaliśmy pogotowie i już za 20min Krzysztof żegnał nas siedząc w karetce. Po przeprowadzeniu badań w kieleckim szpitalu okazało się, że chłop zdrów i nic mu nie zagraża. Wieczorem Leszek odwiózł go do Bogucina żegnając się z naszą ekipą. Oprócz tej sytuacji nie wydarzyło się już na szczęście nic niepokojącego. Czas był naprawdę dobry. Mogliśmy zmierzyć się ze zmęczeniem, pragnieniem, swoimi siłami i stanem ducha. Byłem zdziwiony, choć nie zaskoczony, kiedy w drodze do Bogucina, zmęczeni już ostro (narzuciliśmy sobie długi etap bez postoju aby dotrzeć przed zmrokiem do celu) pacjenci rozpoczęli głośno śpiewać znaną mi dobrze nutę z pielgrzymki - Wojownicy Pana - w rytmie Buffalo Sldier - Boba Marleya. Skąd oni mieli jeszcze siły? Dołączyłem do śpiewu. Pomyślałem sobie, że musimy sprawiać niezłe wrażenie w połączeniu z tym śpiewem, przemykając zwartym peletonem. A śpiewaliśmy na całe gardło:
Wojownicy Pana!
Nie zabijają!
Oni walczą miłością
Duchową amunicją
Weż udział w trudach
I przeciwnościach
Jako dobry żółnierz
Jezusa Chrystusa
Bardzo cieszę się, że rower okazuje się dla mnie kolejnym narzędziem do tego aby przezywać intensywnie czas, rozmawiając o ważnych sprawach i dzieląc się swoim doświadczeniem życiowym, w gronie innych mężczyzn. Zatem rower nie jest tylko do tego, żeby wyciskać poty - choć i to czasem pomaga.
wtorek, 30 czerwca 2009
Szlakiem tatarskim Krynki_maj_2009
Jacek
Miałem już dość siedzenia w Warszawie. Podobnie jak Józek. Zaczęliśmy więc zastanawiać się nad zorganizowaniem wyjazdu w trakcie majówki. Jak to się stało, że wybrałem wyjazd na wschód nie pamiętam. Pamiętam tylko, że w pewnym momencie zacząłem zbierać informacje o Szlaku Tatarskim. Słyszałem o tym szlaku już wcześniej. Zacząłem organizować wyjazd dość późno, czekałem bowiem na decyzję Józka odnośnie tego kiedy będzie w stanie wziąć urlop. Pomysł był wspólny, więc zależało mi aby był na tym wyjeździe razem z Asia. Kiedy już wziąłem się za szukanie miejscówki okazało się, że jest ciężko. W końcu jednak udało mi się znaleźć miejsce w Domu Kultury w Krynkach. Plan był bardzo ogólny, zbieramy 10 osób, pakujemy się w samochody, a resztę organizujemy na miejscu. Po różnych historiach powstała w końcu ekipa: Ja, Rafał, Adaś, Darek, Wojtek, Asia. Z małym opóźnieniem mieli do nas dołączyć Józek z Asią. Wypożyczyliśmy przyczepę, zapakowaliśmy rowery i ruszyliśmy. Dotarliśmy na miejsce trochę po północy. Miejscówka była skromna, żeby nie powiedzieć spartańska, ale w końcu miało być tanio, no i sam Dom Kultury nazywa się "Bieda", więc nazwa mówi sama za siebie. Dostaliśmy dwa pokoje, a w nich łóżka, miały być. Faktycznie były to jednak jakieś takie składaki, a na nich sienniki wypchane sianem, trawą? trudno powiedzieć.
DZIEŃ PIERWSZY
Kilka miesięcy temu przestawił mi się zegar biologiczny, czy coś tam w środku i zacząłem wcześnie wstawać. Miałem nadzieję, że przejdzie mi na wyjeździe, ale nie. Wstałem więc pierwszy i czekałem, aż reszta ekipy wstanie z łózek. Zaraz po mnie wstał Rafał, więc w oczekiwaniu na resztę ekipy postanowiliśmy odmówić laudesy. Tego dnia strasznie wiało, więc zamknęliśmy się na czas laudesów w saabinie. W końcu wstała reszta ekipy, więc mogliśmy zjeść wspólne śniadanie. Lubię klimat wspólnego jedzenia. Na ten dzień mieliśmy zaplanowaną kilkugodzinną trasę. Pierwszym miejscem które odwiedziliśmy był meczet w Kruszynianach. O meczecie opowiadał w niesamowity sposób facet pochodzenia tatarskiego. A później wylądowaliśmy po drugiej stronie ulicy w restauracji Tatarska jurta prowadzonej przez panią Dżennetę Bogdanowicz. Co prawda dwie godziny wcześniej jedliśmy śniadanie, ale postanowiliśmy spróbować kilku tatarskich potraw. I zachwyciliśmy się. Przypomniały mi się czasy kiedy żyła jeszcze moja babcia i wszystkie moje wyjazdy z dzieciństwa do rodziny na wieś. Proste, ale przepyszne tradycyjne jedzenie. Dużo, tłusto i niesamowite smaki. Robiliśmy nawet szybki ranking. Ja zachwycony byłem kołdunami w rosole, sytą (zmrożony napój z wody, miodu i soku z cytryny), babką ziemniaczaną i pierekaczewnikiem. Choćby dla tego jedzenia warto pojechać w tamte okolice. Resztę dnia spędziliśmy jeżdżąc po okolicach. Byłem pod wrażeniem. Większość wsi przez które przejeżdżaliśmy wyglądała jakby czas zatrzymał się tam wiele lat temu. Piękne drewniane domu, cisza, spokój, a w niektórych miejscach jeszcze piaszczyste drogi. Wieczorem wyjechaliśmy po Józka i Asię do Białegostoku. Wieczór zakończyliśmy rozmową przy sziszy, którą po ciężkich zmaganiach rozpalił Adaś. Dla mnie ten dzień był też wyjątkowy z tego względu, że był to mój pierwszy dzień bez papierosa, od czasów szkoły średniej, chyba?
DZIEŃ DRUGI
Okazało się, że nie jestem jednak takim rannym ptaszkiem, Kiedy wstałem na nogach był już Józek z Asią. Właściwie nie tylko na nogach, oni już byli myślami daleko w trasie. Musieli w końcu jednak korzystać z najgłębszych pokładów cierpliwości, gdyż większość ekipy po całym dniu na rowerze, spała w najlepsze. W końcu dołączył do nas Rafał, więc mogliśmy zacząć dzień od laudesów, później klasycznie już śniadanie, w trakcie którego dołączała do nas powoli reszta ekipy. Tego dnia nie wszyscy mieli już jednak ochotę na jeżdżenie. Darek i Adaś uznali, że tego dnia wolą jednak poruszać się samochodami. Zawieźli nas do Supraśla, a stamtąd ruszyliśmy już przez okoliczne pola i lasy. Tego dnia grupa zaczęła się też powoli rozsypywać. Z początku miałem jeszcze ciśnienie, aby próbować utrzymać nas razem, ale w końcu uznałem, że nie ma to sensu. Na obiad pojechaliśmy jeszcze razem, oczywiście do "Tatarskiej jurty". Do domu zaś zjeżdżaliśmy indywidualnie, każdy w swoim tempie i czasie. Wieczór spędziliśmy przy ognisku. Niektórzy skupili się na paleniu sziszy inni na ewangelizacji i filozoficznych rozmowach:)
DZIEŃ TRZECI
Niedziela była dniem powrotu. Jednak nie najkrótszą drogą. Okazało się bowiem, że niedaleko mieszkają dziadkowie Adasia. Adaś zaproponował abyśmy zajechali do nich. Była tam bowiem jego mama która przyjechała sama z Warszawy samochodem. Adaś nie chciał aby mama wracała sama. Mieliśmy więc podjechać do jego dziadków w drodze do domu. Postanowiliśmy też jako, że byliśmy w okolicy podjechać do Białowieży aby zwiedzić choć kawałek puszczy. Musieliśmy jednak ze względu na mała ilość czasu ograniczyć się do zwiedzenia Rezerwatu. I to był naprawdę rewelacyjny pomysł. Mogłem bowiem po raz pierwszy na żywo zobaczyć moje ulubione zwierzę, czyli wilka. Zrobić sobie zdjęcie z leniwym ryśkiem i zobaczyć szaloną łosicę. A na koniec naszej wyprawy załapaliśmy się wszyscy na pyszne ciasto u dziadków Adasia.
DLACZEGO PISZĘ O TEJ WYPRAWIE W TYM MIEJSCU.
Nie był to typowy męski wyjazd. W końcu były razem z nami dwie Asie. Nie był to też wyjazd na którym sprawdzaliśmy swoją siłę, czy wytrzymałość. Ale w końcu mężczyzna to nie tylko ten, który walczy, sprawdza się, ciężko pracuje. To także ten który odpoczywa po pracy, wysiłku. I taki był ten wyjazd. Miał być przede wszystkim czasem, kiedy mieliśmy odpocząć. I myślę, że to się akurat udało. Piszę też o tym wyjeździe w tym miejscu, dlatego, że dla mnie osobiście jednym z wyznaczników tego wyjazdu, było podejmowanie odpowiedzialności. Czułem się odpowiedzialny za jego przygotowanie. Za zadbanie o miejsce gdzie moglibyśmy mieszkać, za zaproponowanie formy spędzania czasu, za organizację podróży i czasu na miejscu. Nie zawsze w życiu zachowywałem się odpowiedzialnie, choć zawsze za taką osobę się uważałem. Chcę jednak aby ludzie mi bliscy i nie tylko, wiedzieli, że mogą na mnie polegać. I widzę, że właśnie takie konkretne sytuacje jak ten wyjazd, weryfikują to. To co może nie jest dla mnie pierwszyzną, ale było też ważne, to to, że podjąłem się organizacji tego wyjazdu samodzielnie. Widzę, że czasem łatwiej mi w coś wchodzić ,coś robić, kiedy robię to z kimś. Na pewno jest mi łatwiej, kiedy w trudnych momentach mogę oprzeć się na drugiej osobie. męskości jest też podejmowanie odpowiedzialności. Dla mnie wyrażało się, to w organizacji tej wyprawy.
Pomimo, że ten wyjazd był czasem odpoczynku, ja miałem mimo wszystko swą walkę. Przez caly ten czas nie paliłem. Nie wyobrażałem sobie, że mogę nie palić, nie korzystając przy tym z wspomagaczy takich jak plastry antynikotynowe. Teraz już wiem, że można i znowu chcę podjąć tę walkę. Wyjątkiem była szisza. Dla mnie jednak te 3 dni były czymś co jeszcze niedawno wydawało mi się czymś niemożliwym.
Pomimo, że ten wyjazd był czasem odpoczynku, ja miałem mimo wszystko swą walkę. Przez caly ten czas nie paliłem. Nie wyobrażałem sobie, że mogę nie palić, nie korzystając przy tym z wspomagaczy takich jak plastry antynikotynowe. Teraz już wiem, że można i znowu chcę podjąć tę walkę. Wyjątkiem była szisza. Dla mnie jednak te 3 dni były czymś co jeszcze niedawno wydawało mi się czymś niemożliwym.
Subskrybuj:
Posty (Atom)